Podsumowanie 2018! [100 ZDJĘĆ] - Dzikość w SercuDzikość w Sercu – na górskim szlaku z dwoma psami

Europa z psem / Polska z psem

Podsumowanie 2018! [100 ZDJĘĆ]

To był przełomowy rok! Wyjeżdżaliśmy bardzo często i bardzo dużo, były nawet miesiące, kiedy nie wypakowywałam plecaka, bo w przeciągu tygodnia miałam znów wsiąść w pociąg i wyjechać. To pierwszy rok, w którym świadomie zaczęłam organizować sobie życie pod podróże. Czytałam, dowiadywałam się, poczyniłam poważne zakupy (namiot i śpiwór!), inspirowałam się, planowałam (100km trekking!), zasypiałam na siedząco (aż trzy kilkudniowe roadtripy!) i powoli dokonywałam mniejszych-większych zmian w swoim życiu (rzuciłam pracę!).

2018 w liczbach

310 km szlakami górskimi
i kolejne setki kilometrów pieszo po płaskim
15 463 m sumy wzniesień;
10 861,5 km w trasie, w tym
5775km pociągiem
a to wszystko z dwoma psami!

WCZESNA ZIMA 2018 (STYCZEŃ-MARZEC)

Paradoksalnie, rok wyjazdów zaczął się od powrotu z wyjazdu, bo z końcem 2017 byliśmy w Karkonoszach. Jakoś 1 stycznia już stamtąd wracaliśmy, zamykając rok 2017 pełną setką przedreptanych kilometrów. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to pikuś w porównaniu z tym, co szykował dla mnie 2018! Sęk w tym, że pierwszy kwartał był dość mroźny, a ja wtedy jeszcze nie odnajdywałam się w tematyce zimowej turystyki. Styczeń umknął nam wraz z prześwietleniem stawów najmłodszego fistaszka w stadzie – Krakersa – po którym dostał zielone światło na hasanie i brykanie także po górach. Zima to był dla nas czas głównie przygotowań do cieplejszego sezonu, dlatego w lutym wybraliśmy się na seminarium z psiego fitnessu z Paulą Gumińską, dzięki czemu jeszcze poważniej mogłam przygotować psy do zbliżających się wędrówek. Jak się okazało, świadomość ciała bardzo przydała nam się potem na szlakach tatrzańskich i nie tylko. Byliśmy też na seminarium z Asią Korbal (dogfrisbee) i na wykładzie dr Bocheńskiej o tym jak te psy są właściwie zbudowane i jak wymagać od nich, by ich nie uszkodzić. Ta wiedza motywowała mnie potem w maju by po każdym dniu trekkingu mimo dużego zmęczenia masować swoje psy wzdłuż i wszerz (podziękowały mi doskonałą formą dzień po dniu).

Jeszcze jakoś w marcu zrobiłam sobie pierwszy tatuaż.

Oprócz przygotowań w zaciszu mieszkania, eksplorowaliśmy tereny okolicznych łąk i lasów. Odbyliśmy spacer z bobrami i podreptaliśmy trochę po zamarzniętej Odrze! Było jeszcze trochę chłodno, ale już powoli trzeba było planować sezon…

WIOSNA 2018 (KWIECIEŃ-MAJ)

Zaczęło się od tego, że kupiłam namiot i śpiwór! Do tej pory pamiętam jak w pojedynkę, tuż po zakupie, rozstawiałam go nad brzegiem Odry. Było to dla mnie o tyle ekscytujące wydarzenie, że ja w namiocie ostatni raz spałam jak byłam bardzo małą Magdą, a teraz jak gdyby nigdy nic ten kawałek płachty miał mi być schronieniem na kilkanaście kolejnych wyjazdów w samym 2018 roku!

Potem wcale nie było cieplej, ale „trzeba było” zacząć wyjeżdżać, bo mnie tak gnało, żeby spędzić pierwszą noc w swoim własnym namiocie. Zanim było mi to dane, dotarłam jeszcze do Niemiec, do Saskiej Szwajcarii czy Saksonii Szwajcarskiej jak kto woli. To taki rejon w Górach Połabskich na pograniczu niemiecko-czeskim. Pojechaliśmy tam na jeden dzień i zrobiliśmy około 10km i 617m sumy wzniesień. Ot spacer!

Tuż za rogiem czekały na nas prawdziwe eskapady, jedna po drugiej, dzień po dniu. Najpierw Rudawy Janowickie w Sudetach z Aleksem z Best of The Best, gdzie spędziłam pierwszą noc w namiocie (w końcu!) i trafiliśmy akurat na imprezę w tamtejszym schronisku PTTK Szwajcarka, zobaczyliśmy zachód słońca na Krzyżnej Górze i… skontuzjowaliśmy kopytko Krakersa, a mi przemarzł tyłek w nocy, bo był przecież jeszcze kwiecień (sezon namiotowy zaczyna się na dobre jakoś od czerwca, wiecie). Zrobiliśmy wtedy 14km i 760m sumy wzniesień. Niemal od razu stamtąd ruszyliśmy na zawody Dog Games Summer w Warszawie, gdzie obydwa moje pieski pobiegły w konkurencji Speedway, ale przede wszystkim uczyły się namiotowego życia. Bo to tam po raz pierwszy na poważnie miały się przekonać, że namiot to taka wielka klatka, w której się odpoczywa. Zapoznanie przebiegło perfekcyjnie, a ja po raz pierwszy spędziłam noc przy polu startowym. Ach te zachody słońca nad znacznikami dystansu (i toitoikami)!

Po chwili oddechu całą ekipą wybraliśmy się na pierwszą z trzech długich wypraw 2018. Obraliśmy kierunek Adršpach, miasteczko w północnych Czechach znane powszechnie ze względu na skalne miasto. Stamtąd przez 5 dni szliśmy do Polski, do miejscowości Szczytna, oddalonej od Adršpachu o 100km. W międzyczasie spaliśmy na campingach i na dziko, przeciskaliśmy się przez wąskie na 60cm przejścia w skałach, schodziliśmy do jaskiń i wspinaliśmy się na punkty widokowe, myliśmy się w zimnej wodzie (bo zabrakło ciepłej), pod prysznicami z ogranicznikami czasowymi (bajer! nawet nie sądzicie jak można się doszorować w 2 minuty!), poznaliśmy luksus posiadania nieograniczonego ciepłego prysznica (Góry Stołowe!), jedliśmy czeskie kiełbaski, krążyliśmy czasem pomiędzy watahami ludzi, a czasem tylko samotnymi skałami nie widząc człowieka przez cały dzień. Jedliśmy śniadania o 7 rano na ławach w środku łańcuchów górskich, czasem szlak gubiliśmy, a czasem musieliśmy zawrócić szanując okres lęgowy rzadkich ptaków, wkurzaliśmy się na byle pierdoły i z byle pierdół cieszyliśmy, uciekaliśmy przed burzą, gnaliśmy na Szczeliniec po to, by postać w chmurach. I faktycznie, czekając na pociąg mogliśmy zrzucić plecaki i w końcu to powiedzieć: zrobiliśmy 100km pieszo, z psami, z plecakami! Ah, do domu wracaliśmy jakoś siedem godzin pociągiem odbijając się od stacji pośrednich i czekając na przesiadki. A do przejechania kilometrów było 100. Wtedy powstał żarcik stosowany do dziś – „Dajcie mi 5 dni, ja to przeeejdę”. ;)

Niedługo po powrocie już byłam w kolejnych górach, w moich ukochanych czeskich Jesionikach i Górach Bialskich. Te drugie są nazywane Bieszczadami zachodu i nic w tym dziwnego, jest tam tak dziko, pusto i iglasto. Weszliśmy wtedy na Keprnik i Serak, a wcześniej zahaczyliśmy o pogranicze polsko-czeskie. Spędziliśmy kolejną noc w namiocie, ale tym razem biwak szykowaliśmy w burzy i w zupełnej ciemności. Do drugiej w nocy nie słyszeliśmy nic, co do siebie mówiliśmy, mimo że siedzieliśmy metr od siebie i jedliśmy przygotowaną kolację, a potem do siódmej rano krążył wokół nas porykujący jeleń i jakoś nie dało się zasnąć. Rano okazało się, że rozbiliśmy się w ogóle kilkanaście metrów od pastwiska pełnego śmiesznych futrzastych czeskich krów. Ahoj przygodo! I chyba następnego dnia byłam już na podwrocławskiej Ślęży. I tak po tym weekendzie do puli kilometrów dorzuciłam kolejne 50 wzdłuż i ponad 2000m wzwyż!

Następnie nastała chwila luksusu i pozwiedzaliśmy ze dwa zamki (Moszna i Czocha), zalew Mietków, ale długo to nie trwało, bo w końcu wylądowałam w Rudawach… znowu.

LATO (CZERWIEC-SIERPIEŃ)

Z przytupem odwiedziłam Góry Opawskie (dwukrotnie pod rząd pokonałam trasę 13km, 662m wzniesień) i  moje ulubione czeskie zakątki w pobliżu Rychlebskich Hor. W lipcu coś mnie tknęło i wysłałam formularz przystąpienia do grona zdobywców Korony Gór Polski, a chwilę potem wyjechałam w Karkonosze i to był bardzo spontaniczny wyjazd, bo jednego dnia wyjechałam, weszłam, przeszłam, zeszłam i wróciłam, a to 23km były i prawie 1400 sumy wzniesień. To niemało!

Pod koniec lipca ukończyłam kurs samoobrony KravMagą. To był taki mały prezent ode mnie dla mnie i od tamtej pory jakoś pewniej się czuje na nocnych spacerach z psami. Godzinę po odebraniu certyfikatu siedziałam już w aucie i jechałam w stronę Tatr. Bośmy mieli zadanie z Wrocławia do Warszawy i z powrotem pojechać, to o Tatry zahaczyliśmy, bo mnie naszło, że „jutro rano chcę obudzić się z widokiem na Tatry„. Spaliśmy znów pod namiotami i odkryliśmy wtedy wyznaczone przez nadleśnictwo miejsca biwakowania. Przejechaliśmy przez trójstyk granic (PL-CZ-SK). Spędziliśmy też noc w towarzystwie Gerlacha (2654m npm) oddając się zupełnie potędze całego pasma. Rano weszliśmy na 2000m npm, a tam spotkała nas burza, ale widzieliśmy najprawdziwszego na świecie kruka (a to takie bydle jest, że się bałam, że mi pieski porwie!). Cały ten roadtrip trwał w końcu 1300km, bo dzień później z Nowego Targu przez Warszawę dojechaliśmy już do Wrocławia. A to wszystko w 4 dni.

W połowie sierpnia odwiedziłam z psami zalew w Dobromierzu i pokonałam bieg zwany Katorżnikiem, już po raz trzeci! Końcówka miesiąca to pobyt w bazie harcerskiej w województwie wielkopolskim w mieście, którego pewnie nikt nie zna nawet jak tamtędy przejeżdżał (Lgiń) i eksploracja dziwnie płaskich terenów okołojeziornych.

JESIEŃ (WRZESIEŃ-LISTOPAD)

Jesienią postanowiłam wyjść do ludzi, i poznać wrocławskie mudiki, a potem i tak wywiało mnie w góry, tym razem Góry Kamienne, ale z planów biwaku nic nie wyszło i wróciliśmy do domu. Wtedy złapałam autostopa pierwszy raz w życiu i to z psami, trwał całe szalone 20 minut z Unisławia do Wałbrzycha w małej trzydrzwiowej skodzie (czwórka ludzi, dwa psy, dwa ogromne plecaki). Na deser zrobiliśmy przedostatniego długiego roadtripa szlakiem wsi i miast o dziwnych nazwach. I tak oto zawitaliśmy w Gąszcze, a stamtąd w Krzaki (jak wtedy ktoś do mnie dzwonił i pytał co robię, to mówiłam że jestem w Krzakach, a po drugiej stronie zapadała taka głucha cisza), z Krzaków jeszcze na chwilę w Czechy, Tumidaj i Kluski, a stamtąd blisko było już do Moskwy, a potem do Syberii. Byliśmy też w samym środku Polski w miasteczku Piątek. Niedaleko była również Ukraina i Palestyna, ale śmialiśmy się, że nam wizy nie dali ;) W rzeczywistości krążenie po małych wiejskich dróżkach wysysa z człowieka zaskakująco dużo energii!

W październiku poznałam super osobę, Anetę z Szeptuna, właścicielkę i opiekunkę domu-posiadłości-basenu w Przesiece. To dzięki niej mogłam się tam znaleźć, zobaczyć na własne oczy magiczne miejsce jakim jest stary poniemiecki basen publiczny przerobiony na dom dla gości (kosmos!) i przecież zdobyć Śnieżkę – swój pierwszy szczyt do Korony Gór Polski!

W listopadzie było już ciemno i zimno, kiedy wybyliśmy całe 500m za ostatnie wrocławskie zabudowania świętować półrocze naszego związku. W towarzystwie dzików pozbieraliśmy drewno i dogadaliśmy się z nimi, że kolejne dwie godzinki to my ucztujemy w miejscu przeznaczonym na ognisko. To była jedna z kilku okazji by przekonać się, że jak się jedzie zrobić herbatę na ognisku, to oprócz saszetek potrzebna jest też woda. Ale kiełbaski były pyszne!

Rok powoli dobiegał końca, ale znaleźliśmy czas na jeszcze jednego roadtripa, tym razem szlakiem mojej rodziny i znów nam zeszło 1000 kilometrów, mimo że nie wyjechaliśmy poza granice Polski, ani nawet się do nich nie zbliżyliśmy! Przejazdem na targu w rynku w Płocku (najdłuższy w Europie) kupiliśmy futro z lisa i zamierzam zrobić z niego szarpaki.

ZIMA (GRUDZIEŃ)

Zima, ha! Dobre sobie. Mi upłynęła na pracy, ale w międzyczasie znalazłam chwilę by zabrać Fibi na spotkanie ludzi podobnych do mnie, gdzie wymienialiśmy się doświadczeniami. Rok zamknęliśmy jeszcze krótkim wypadem na Ślężę z Anią i Bu z bloga Pufoświat, podczas której złapał nas najpierw deszcz, potem mróz i wiatr, a na koniec głód, więc zrobiliśmy końcoworoczną jajecznicę z boczkiem i brokułkami, proszę państwa! Zdobycie Ślęży, choć krótko, trochę w biegu i przy nieznośnej pogodzie zaowocowało kolejną pieczątką do książeczki KGP.

Teraz, z końcem roku mogę powiedzieć, że w 2019 wchodzę z nową dawką pomysłów i energii, że 2018 był doskonałym wstępem do tego, co może i powinno zadziać się w 2019. Więcej podróży, więcej bloga, więcej zdjęć. Nowe projekty, nowe możliwości, nowe osoby. Mam nadzieję, że zobaczymy się w tym samym miejscu za rok, czytelniku! A może już wcześniej wybierzemy się wspólnie na jakiś szlak?

Najwyższa góra jaką zdobyła Fibi mierzy 2393m n.p.m. (Crap de La Paré, grudzień 2015)
W górę!