Poradniki / Swoją drogą

3 rzeczy, bez których nie ruszam się na wyprawę

Niezależnie od tego jak daleko, wysoko czy na jak długo jadę, są takie trzy rzeczy bez których nie wyobrażam sobie wycieczki. To moje totalne minimum, które sprawia że ze spokojną głową mogę wyjechać z psami gdziekolwiek nas poniesie!

Telefon

Mogę pójść bez butów, bez plecaka, bez smyczy dla psa, ba – nawet bez dokumentów zdarzało mi się jechać, ale zawsze przy sobie będę mieć telefon. Jest absolutnie niezbędny, ponieważ stanowi środek kontaktu ze światem zewnętrznym. Nie zawsze ląduję w miejscach, w których jest cywilizacja i czasem zdarza się, że nie widzę żywej duszy przez cały dzień. Staram się być przygotowana na takie momenty i mieć ze sobą naładowany telefon. Mogę wtedy skontaktować się z bliskimi i powiedzieć, że wszystko ze mną w porządku lub poinformować ich o postępie mojej wędrówki (to z kolei ułatwia ustalenie mojej ostatniej lokalizacji w razie wypadku).

W telefonie mam też zawsze wpisane aktualne numery do służb ratunkowych rejonu, w którym się znajduję – GOPR, TOPR, podstawowe telefony typu 999, numery służb za granicą, jeśli wycieczka przebiega w jej pobliżu (czort jeden wie czy nie zachce mi się rozszerzyć wędrówki o kilometr wgłąb sąsiedniego kraju), do tego numery do ubezpieczalni, lawety i tym podobnych. W telefon mam wgraną mapę z trasą, którą zamierzam pokonać, więc pełni on także funkcję nawigacji. Oprócz tego robię przecież zdjęcia, a telefon jest często najłatwiej dostępnym aparatem fotograficznym. Podczas długich wędrówek wrzucam na Instagrama postępy z trasy ;) ale to dodatek do podstawowej roli spełnianej przez telefon – zapewnienia bezpieczeństwa.

Woda

Pewnego razu podczas jednej z bardzo prostych, krótkich i łatwych wędrówek po niemieckich górach przekonałam się, że „lepiej nie dojeść, niż nie dopić” i od tamtej pory dbam o to, by mieć ze sobą minimum półtora litra płynów na start – niezależnie od tego czy jest 30 stopniowy upał, czy 15 stopniowy mróz. Najbardziej uniwersalna jest dla nas woda, bo wtedy służy nie tylko mnie, ale także psom. Nigdy nie mam pewności, że w miejscu, do którego jadę na 100% znajdzie się kałuża czy strumyk. Co więcej, nigdy nie mam pewności, że na miejscu znajdę otwarty sklep (różnie bywało, serio :)), dlatego płyny mam ze sobą już gdy wychodzę z domu. O skutkach odwodnienia rozwodzić się nie zamierzam – dość powiedzieć, że jest bardzo niebezpieczne dla organizmu, wszak odwodnienie może w konsekwencji prowadzić nawet do utraty przytomności. Warto pamiętać, że będąc w wymagającym terenie – górskim – dużo prościej jest się przeforsować. W obliczu zwiększonego wysiłku nas organizm potrzebuje proporcjonalnie więcej środków by uzupełnić wodę i elektrolity. Nigdy nie lekceważę zagrożenia, jakim jest odwodnienie. Zawsze mam przy sobie wodę i zawsze monitoruję stan moich psów, moich współtowarzyszy podróży, jak i mój. Oprócz spożycia, woda przydaje się do celów higieny osobistej – nie ma to jak wieczorem, po całym dniu wędrówki przemyć twarz wodą, a nie przetrzeć nawilżonymi chusteczkami!

Apteczka

Ostatnią rzeczą jest apteczka, którą – uwierzcie – zwyczajowo wkładam jako pierwszą do plecaka podczas pakowania. Mam zakodowane, że to jest podstawowe wyposażenie mojego plecaka i zanim włożę do niego cokolwiek innego, musi się w nim pojawić apteczka! Jest dostosowana do nas, a nie kupiona jako gotowa. Zawiera wszystko to, co jest niezbędne w doraźnej pomocy człowiekowi i psu – bandaże zwykłe, adhezyjne, gaziki, koce termiczne, octenisept, maseczkę do RKO, kilka podstawowych leków na biegunkę, wymioty lub takie uzupełniające elektrolity. Do tego kleszczołapka, chusta trójkątna, jakaś taśma przylepna albo igła z nitką i kilka innych elementów. Celowo nie wspominam jakie dokładnie leki trzymam u siebie, bo takie rzeczy warto skonsultować z lekarzem (i ludzkim, i weterynarii). Podpowie co, jak i w jakich dawkach podawać w razie konieczności. Nie warto eksperymentować i podawać leków bez konsultacji z lekarzem.

Przed każdym wyjazdem upewniam się, że apteczka jest kompletna i że poszczególne elementy nie przekroczyły terminu ważności. Jej zawartość dostosowuję do pory roku i celu wyjazdu – po prostu innych kontuzji spodziewam się na jednodniowym wyjściu w góry (zakwasy, skręcenia/złamania, odwodnienie), a jeszcze innych na wędrówce po mieście (otarcia łap, odciski na stopach, biegunka). W apteczce warto mieć też kartkę z numerami ratunkowymi do służb, o których pisałam wyżej.

Mając te 3 rzeczy mogę ruszać gdziekolwiek nas nogi i wyobraźnia poniesie :)

Moje psy z pewnością wymieniłyby zapas karmy na pierwszym miejscu must-have listy, zaraz potem jakieś smakołyki a potem jeszcze większy zapas karmy, tak na wszelki wypadek. Do tego jakaś wygodna miska i może ulubiona zabawka do memłania w namiocie, jak już rozbijemy biwak.

A Wy? Bez czego nie ruszacie się na wyprawę?
Najwyżej położony szczyt na jakim była Fibi miał prawie 3000m n.p.m
W górę!