Europa z psem / Polska z psem / Swoją drogą

4 i pół historii z kempingów i schronisk

Zmęczyć się to jedno, ale trzeba też gdzieś odpocząć! A jak doświadczenie pokazuje, przygoda czeka na nas nawet tam, gdzie się jej nie spodziewamy. Przedstawiam 4 z moich ulubionych – śmiesznych, smutnych i żenujących – historii związanych z noclegami lub schronieniem w górach!

1. Prysznice – sprawdzian ludzkiej decyzyjności

Po raz pierwszy spotkałam się z nimi w Szwajcarce, takim schronisku PTTK w Rudawach Janowickich. Jest tam genialny, specyficznie górski wynalazek – prysznic na minuty. Serio, wchodzisz do pomieszczenia, w którym jest kabina, wrzucasz 2zł i zaczyna lecieć ciepła woda. Masz dwie minuty na umyc”e całego ciała. „Dwie! Przecież w dwie minuty to ja może nogę umyję, a co z”resztą?” – tak myślałam, kiedy szłam z zawiniątkiem z piżamy i ręcznika, i dychą rozmienioną na dwójki. Wchodzę pod ten prysznic, wrzucam dwójkę i z prędkością światła zaczynam szorować się z całego brudu, który nazbierałam podczas całodziennej wędrówki. Stoję i myślę jeju jak super, w końcu PRYSZNIC, a z drugiej strony to jest tak cholernie stresujące, kiedy widzisz jak jakieś urządzenie odlicza Ci czas do wyłączenia ciepłej wody! Wzbiłam się na wyżyny prędkości, pucuję przód, tył, odklejam od siebie obleśną zasłonkę, szoruję ręce, nogi, zdążam jeszcze jako tako umyć włosy, twarz, spłukuję pianę, otwieram oczy, patrzę na licznik, a tam – do cholery – jeszcze pół minuty! Jak! JAK! I co do czorta mam jeszcze domyć, żeby nie zmarnować tych 30 sekund!?

A na kempingu pod Ostaš w Czechach było jeszcze lepiej, tam też prysznice były – chyba na żetony. Tylko że ta skrzynka pobierająca kasę nie podawała w ogóle ile czasu jeszcze zostało. Tym sposobem, uwierzcie, prysznice to był rejon największych ludzkich dylematów. Bo wyobraź sobie, że stoisz tam i zastanawiasz się… czy jak się namydlisz to zdążysz spłukać?

2. Do trzech razy spontan!

W połowie 2018 roku zrobiliśmy 1000km road tripa po Polsce i terenach sąsiadów, choć pierwotny plan zakładał wykonać jedno proste zadanie – pojechać z Wrocławia do Warszawy i z powrotem. Z potencjalnie jednodniowej wycieczki zrobiła nam się czterodniowa wyprawa. W międzyczasie oczywiście musieliśmy gdzieś spać i mieliśmy ze sobą namiot – od początku przewidywaliśmy, że on lub auto będzie naszym schronieniem. Sęk w tym, że żadne z nas nie zaplanowało miejsc noclegu. Przez cały dzień jechaliśmy „pi razy drzwi w tamtym kierunku a potem się zobaczy”, szukając jakichkolwiek miejsc, w których moglibyśmy się legalnie zatrzymać.

Pierwszego dnia obieramy kierunek na Soblówkę, miejsce biwakowe odkryte z polecenia przez psiarza, który już tam nocował. Jest tak ciemno, cicho i daleko od oznak cywilizacji, że ostatnie kilometry pokonuję z duszą na ramieniu. Po prostu się boję, że zaraz z krzaków wypadnie jakiś potwór, bo to przecież normalne w polskich lasach. Dojeżdżamy w końcu w środku nocy. Jest to nasze odkrycie roku – miejsce legalnego biwaku wyznaczone przez Nadleśnictwo. Obok płynie rzeka. Od obcych ludzi pożyczamy dwie torebki herbaty. Po całym dniu podróży możemy w końcu odpocząć popijając gorący napój. Morale rosną. Drugiego dnia jadąc dzwonimy do kempingów – nie odbierają, nie przyjmują z psami, mają ceny z kosmosu. Po ulewie stulecia w Zakopanym (ściany deszczu do spółki z jeziorami na drogach) lądujemy na kempingu po słowackiej stronie. Przyjeżdżamy późnym popołudniem, mamy czas na spokojne rozbicie chatki. W cenę mamy wliczony nielimitowany cieplutki prysznic – dobro skali luksusu!  Bladym świtem budzimy się z widokiem na surowe tatrzańskie granie. Następnego dnia wychodzimy w Tatry, pokonujemy dystans 16km pnący się w górę o 1000 (tysiąc!) metrów! O 18:00 wsiadamy do auta i ruszamy w dalszą podróż. Towarzyszy nam jedna myśl: byle dziś dojechać jak najbliżej Warszawy, to jutro zrobimy resztę trasy. Zmęczeni zatrzymujemy się w sklepie, a potem błądzimy po drogach nadrabiając kilkadziesiąt kilometrów (!). Zatrzymuje nas blokada na drodze. Miejscowi polecają nam jechać – „jedźcie ale uważajcie na takie te błotne osuwiska”. Omijamy zakaz, powoli ruszamy. Ciemno, cicho, szukamy znaku z namiotem. W końcu – jest! W totalnej ciemności rozbijamy namiot. Przejechanie 100km zajmuje nam prawie 6 godzin – do tej pory nie wiem jak. Jesteśmy sami, a droga, która do nas prowadzi jest zamknięta. Rano okazuje się, że rozbiliśmy się 5 metrów od jakiegoś bagna. To znaczy, gdybyśmy poprzedniego wieczora byli jeszcze bardziej nieprzytomni, to noc byłaby pewnie miękka, ale ostatnia. :)

Do trzech razy spontan. Czwartą noc spędzamy już we Wrocławiu. Na liczniku ponad 1000km.

3. Zieeew! Śpiew ptaków, szum potoku, rzężenie kosiarki

Nocując w górach spodziewasz się pewnie, że rano przywitają Cię typowe dla dziczy odgłosy – śpiew ptaków, szum potoku, lasu, kopytkujące w oddali stada jeleni… Kiedy pod górą Ostaš spędzaliśmy jedną z nocy podczas naszego 100km trekkingu, rozbiliśmy namiot na małej polance na polu kempingowym. Rano odsypialiśmy trudny dzień, kiedy do naszych uszu dotarł dźwięk silnika i charakterystycznie rwanie zielska. Po kilku minutach znów zapanowała cisza, więc nawet nie wystawialiśmy głów na zewnątrz, by sprawdzić skąd pochodzi to rzężenie. Po chwili znów, ale jakby bliżej, jakby tuż za naszą ścianką. Niedługo potem, znów charczenie tuż nad naszymi głowami.

Ktoś trzykrotnie tego poranka kosił trawnik! A wszystkie namioty omijał o zaledwie kilkadziesiąt centymetrów. Na szczęście nasz kolejny nocleg odbył się w zupełnej dziczy gdzieś w sercu gór. Ptaków śpiew, lasu szum… ;)

4. „Proszę tu nie srać”

Jedziemy ze znajomym w nasze polskie Rudawy Janowickie. Namioty rozbijamy pod schroniskiem PTTK Szwajcarka, swoją drogą przecudownym miejscem wartym odwiedzenia! Pech chce, że tego samego wieczora w schronisku grany jest jakiś koncert, na który zjechało się trochę turystów. Jest sobota, a oni mają wykupione noclegi, więc pozwalają sobie tę imprezę zakropić paroma procentowymi trunkami. My również, chociaż sceptycznie podchodzimy do wizji wspólnego koncertowania, dajemy się skusić by na dobranoc spróbować regionalnego piwa. Kupujemy po butelce i zakopujemy się w zaciszu własnych namiotów. Mamy kilkanaście kilometrów w nogach, w słońcu, z plecakami, więc siłą rzeczy „tylko jedno piwo” wchodzi mocniej niż zwykle. 25 metrów dalej impreza kręci się w najlepsze. W dodatku w międzyczasie przenosi się na zewnątrz, na stoły pod schronisko, bo towarzystwu zrobiło się za tłoczno i za gorąco w salce na piętrze.

Zbliża się północ, kiedy naszą rozmowę przerywa dźwięk dobiegający z zewnątrz.
BLEEEAAAAAAAHK – słyszymy niepokojąco blisko naszego namiotu.
Chwila konsternacji. Patrzymy to na siebie, to na ściankę zza której dobiega dźwięk. Co tam się dzieje? Może ktoś potrzebuje pomocy? Mówić coś, czy olać? Zanim w moim mętnym umyśle powstał plan jakiejkolwiek reakcji, mój wyraźnie rozweselony kolega rzuca w eter kulturalne:
Proszę tu nie srać! – obydwoje tłumimy wybuch śmiechu, a w tym samym momencie zza ścianki słychać wątłe i marne:
A nie niee… To próba wymiotów…
Dezorientacja, zaskoczenie, znów tłumienie parsknięcia śmiechem. Ktoś w swym upojeniu znajduje w nas przyjaciół w biedzie. Dodaje sponiewieranym głosem:
…aaaaleee nieudana!

Ah! Jakże pocieszający jest ten fakt, wszak zdrowie „współturystów” powinno leżeć każdemu górołazowi na sercu. Z czystym sumieniem kontynuujemy rozmowę, by niedługo potem zaszyć się w swoich śpiworach. Impreza w schronisku trwa do 4 rano. Godzinę później wstaję zobaczyć wschód słońca w Rudawach Janowickich.

4,5. Bonus – kiedyś w Sopocie wyszłam z kwatery, a kiedy wróciłam do niej po południu znalazłam na łóżku gruby metalowy pręt. Do tej pory nie ustalono skąd się tam wziął.


Opowiedzcie! Przeżyliście jakieś przygody podczas noclegów w trakcie swoich podróży? Czym szokowały Was miejsca noclegowe? Jakie było najdziwniejsze miejsce, w którym drzemaliście? Jaki był najpiękniejszy widok, który ujrzeliście po przebudzeniu? :)
W Górach Bialskich znajduje się tak zwana Przełęcz Trzech Granic - miejsce styku historycznych granic trzech krain: Śląska, Moraw i ziemi kłodzkiej
W górę!