Fotoposty / Opisy szlaków / Polska z psem

Mały wypad na Wielką Sowę

Góry Sowie czekały na nas bardzo długo, bo kilka lat odkąd zaczęliśmy swoje pierwsze wędrówki. Doczekały się jednak, bo wraz z ostatnimi podrygami lata 2019 wybraliśmy się na łowy Wielkiej Sowy. Potrzebna nam była do Korony Gór Polski, a że mieliśmy wolne dwa dni to postanowiliśmy połączyć to z noclegiem w okolicy.

Żałuję, że wybrałam się tam tak późno. Góry Sowie to bardzo ciekawy region. Dość powiedzieć, że przed laty buszowali tu nasi koledzy Niemcy, a gdy kazaliśmy się im wynosić, ci pozostawili po sobie trochę pamiątek – z czego wiele z nich pewnie pozostała nieodkryta. Liczne sztolnie, mury pośrodku lasu, miasteczka z wielowiekową historią to tylko część pokus, jakie tu czekają!

Warto zaznaczyć, że w Górach Sowich byliśmy w niedzielę i poniedziałek. Jestem pewna, że w weekend było tam bardzo dużo osób, bo jest to miejsce stosunkowo łatwo dostępne i lubiane w szczególności przez rodziny z dziećmi i psami. W poniedziałek było pusto. W niedzielę po południu spotkaliśmy dużo ludzi, ale wieczorem szlaki się wyludniły. Weź to pod uwagę, jeśli planujesz wyjazd w te góry.

Skąd nazwa Góry Sowie?

Wyobraź sobie, że wieczorem pierwszego dnia czekaliśmy na właściciela schroniska, w którym spaliśmy. Siedzieliśmy w korytarzu rozglądając się na boki i wtedy na tablicy korkowej zobaczyłam kartkę z wypisaną legendą: skąd się wzięła nazwa Góry Sowie?

Ano stąd, że żył sobie kmieć Wacław i miał siedem córek. Szukał dla nich drugich połówek, ale żaden kandydat nie był wystarczająco dobry. Jego córki miały dość zrzędliwego tatusia i zastanawiały się jak tu się wyrwać z ojcowskich sideł. W międzyczasie przypadkiem do córek zawitał kupiec, który podarował im czarodziejską chustę. Dzięki niej mogły zmienić się w dowolne zwierzę, ale w tym szkopuł, że nie wolno było zaklęcia użyć więcej niż dwa razy. W przeciwnym wypadku – za trzecim razem – córki nie powróciłyby do człowieczych kształtów. Córki jak to córki, żądne wolności, zmieniły się w zajączki i poszły hasać po polach.

Ojciec szukał ich całą noc aż zajrzał do starej wiedźmy urzędującej na stokach góry Srebrnej. Ta im powiedziała jak to było – że chusta, że zajączki i że poszły w las. Wacław był załamany i już miał wychodzić, ale kumpela wiedźma wyciągnęła ze skrzyni bukową gałązkę, która miała moc podobną do czarodziejskiej chusty. Zmienił się w jastrzębia i poleciał szukać córek. Już miał je capnąć, kiedy córy machnęły chustą i zamieniły się w sarny. Wacław machnął więc gałązką i zamienił się w wilka. Już doganiał sarenki, już miał je schwytać… aż któraś z córek machnęła chustą po raz trzeci i wszystkie siedem niewiast zamieniło się w sowy. Ich ojciec już ich nie złapał, wrócił do domu, zrozumiał swoją winę i niedługo potem umarł z żalu.

Według legendy rzecz miała miejsce w okolicy wsi Kamionki. Przydrożne skałki, gdzie Wacław po raz ostatni widział swoje córki miejscowi nazwali „Siedem Sówek”. Z czasem całe pasmo zaczęto nazywać Góry Sowie.

Ty tak serio?

Nie, bo tak naprawdę to nie wiadomo dlaczego Góry Sowie są Górami Sowimi. W zasadzie góry te nie wyróżniają się nawet żadną wybitną populacją sów. Nie zachowały się też żadne dokumenty, które wyjaśniałyby jednoznacznie pochodzenie tej nazwy.

Trasa: Ludwikowice Kłodzkie, stacja kolejowa – Świerki Dolne, stacja kolejowa | mapa-turystyczna.pl

Jak dojechać?

W Ludwikowicach nie widziałam żadnego sensownego parkingu. My dojechaliśmy tam pociągiem z Wrocławia do Wałbrzycha i później do Ludwikowic Kłodzkich. Te pociągi są zazwyczaj skomunikowane, choć opóźnienie pociągu z Wrocławia sprawiło, że w godzinę odjazdu drugiego pociągu byliśmy jeszcze w tym pierwszym.

Ahoj, adrenalino!

Jeśli wybierasz się samochodem spróbuj zaparkować w Świerkach Dolnych i trochę inaczej zaplanować trasę lub poszukaj parkingu w Ludwikowicach – może obok dworca? Pamiętaj tylko, że dworzec w Ludwikowicach to bardziej norka na pociągi niż dworzec-dworzec.

Jak długa jest ta trasa?

21 kilometrów to pętla, którą dałoby się zrobić w jeden dzień. My podzieliliśmy ją na dwa dni, bo dopadł nas syndrom końcowoletniej leniwej buły. Pierwszego dnia ruszyliśmy z Ludwikowic Kłodzkich i doszliśmy przez Wielką Sowę do Schroniska Orzeł – to było około 12 kilometrów. Drugiego dnia przez czyjeś pole i kompleks w zboczach góry Gontowa dotarliśmy do Świerków Dolnych.

Szlaki, na które Was zapraszam leżą na terenie Parku Krajobrazowego Gór Sowich oraz Ostoi Nietoperzy Gór Sowich. Jest tu sporo tras uwielbianych przez rowerzystów, dlatego trzeba być czujnym.

Kto poradzi sobie na tym szlaku?

Każdy! Trasa nie jest wymagająca – to typowa, górska (pagórkowata) wędrówka. To znaczy wiecie, będzie pod górkę, bo to góry są. Ciśnienie może podnieść odcinek tuż po wyjściu z Sokolca do Lisich Skałek. Jest stromo, a nawierzchnia jest wyłożona betonowymi płytami, ponieważ jest to podjazd dla aut służbowych. Idź spokojnie i w tempie, na które pozwoli Ci Twój oddech. To stara sztuczka, która niejednemu już uratowała tyłek (i honor).

Drugim odcinkiem mogącym sprawić trudność jest zejście ze Schroniska Orzeł z powrotem do Sokolca. Zejście, tak! Jest bardzo strome – chyba najstromsze jakie kiedykolwiek widziałam. Nogi męczą się przy schodzeniu, a co dopiero tam podchodzić. Nie chciałabym! Spójrzcie tylko na wykres powyżej, za Wielką Sową… na odcinek ze schroniska Orzeł do Przełęczy Sokolej. To krótki odcinek, a jaki stromy!

Maciek z podejściem pod Schronisko Orzeł w tle. Lepiej tamtędy schodzić, tak myślę.
Gotowi?
Zielony szlak z Ludwikowic do Sokolca

Z dworca w Ludwikowicach zgodnie z tradycją najpierw nadrabiamy kilometr drogi, ale dzięki temu w przydrożnym sklepiku znajdujemy smaki dzieciństwa, czyli takie owocowe, wodniste lody. Robimy sobie przerwę, wszak dojazd tu pociągiem wyssał z nas rezerwy energii, ekhem. Po krótkiej sieście ruszamy w drogę. Zielonym szlakiem pniemy się przez skraj miasteczka i wchodzimy na coś w rodzaju wielkiej miedzy. Pasmem lasku idziemy pomiędzy polami aby po godzinie zrobić pierwszy postój. To tam robimy nasze ulubione zdjęcie z Gór Stołowych. Wylegujemy się na trawie dłużej, niż zamierzaliśmy. Łapiemy być może ostatnie promienie letniego słońca w tym roku.

Dalsza część szlaku wiedzie polem, które pewnie na wiosnę zarasta. Szlak trochę gubimy i idziemy po nawigacji. W trawie niby jest coś wydeptane, ale widać że głównie przez miejscowych. Tak to właśnie jest – miejscówka poza utartym szlakiem, łącznik pomiędzy dwoma miejscowościami.

Z Sokolca na Kozią Przełęcz

W Sokolcu idziemy trochę główną drogą, więc trzeba uważać na auta! Sensownego pobocza często tu brak. Ostrożnie tam proszę! Po 500 metrach skręcamy dalej w las i idziemy stromym, betonowym odcinkiem, o którym już pisałam. Na szczęście nie trwa on długo. Dwa zakręty i po sprawie! W końcówce lata trud podejścia osładzają liczne krzaki z dzikimi owocami – maliny, jagody, a nawet – aaa! – poziomki!

2 kilometry dalej czekają na nas Lisie Skałki. To punkt widokowy, który jest bardzo ładny swoją drogą! Rozrzucone luźno mniejsze i większe głazy sprawiają, że można schronić się w ich cieniu albo wdrapać na górę, by obejrzeć panoramę. Obowiązkowy punkt dla fotografów!

Lisek na Lisich Skałkach
Droga na Kozie Siodło wiedzie przyjemną, szutrową ścieżką

Na Kozim Siodle po raz pierwszy spotykamy ludzi i to w duuużej ilości! Na przełęczy łączy się kilka szlaków, a w dodatku nieopodal jest kolejny punkt widokowy. Robimy tu krótką przerwę, choć nie uśmiecha nam się towarzystwo bombelków i luźno biegających psów. Siadamy w trawie, bo wiata z miejscem ogniskowym jest już zajęta – ale jest!

Czerwony szlak z Koziego Siodła przez Wielką Sowę do Schroniska Orzeł

Jest łatwym szlakiem pełnym kamieni, które czyhają na nasze kostki. Co innego żwir, a co innego takie upierdliwe wielkie kamulce, które wyginają Ci stopę w chińskie S co kilka kroków. Może dlatego na mapach zaznaczony jest jako ciut trudniejszy. Tak czy siak uważam, że szlak jest naprawdę wart uwagi. Oprócz tych kamulców wszystko gra – w sam raz na spacer z psem.

Wielka Sowa (1015m npm)

Docieramy na Wielką Sowę niedługo przed zachodem słońca. Na szczycie zastaliśmy biesiadną polankę pełną miejsc ogniskowych i wiat oraz wieżę widokową. Ta niestety właśnie się zamyka i nie ma szans na widoki. Liczyliśmy za to na jakieś jedzenie i faktycznie, na górze stoi nieśmiertelna budka z zapiekankami, hot-dogami, kiełbaskami, a nawet popcornem. Do tego pocztówki i gorąca herbata oczywiście. Sęk w tym, że kiełbaski są ponacinane i odgrzane w mikrofalówce. Wyglądają jak spuchnięty balonik i smakują cokolwiek dziwnie, ale są ciepłe. Podejrzałam, że popcorn jest wydawany podobną metodą, w oryginalnych papierowych opakowaniach. Za to sztućce są drewniane!

Wiatr wiał taki, że musieliśmy trzymać nawet stalowe kubki z herbatą, a batoniki-grześki wfrunęły nam w ketchup. Przybijamy pieczątki w książeczkach i na pocztówkach… i ruszamy dalej.

Schronisko Sowa i Orzeł

Zejście do Schroniska Orzeł jest podobne co wejście na Wielką Sowę od wschodniej strony. Kamulce, kamulce! Schodząc dzwonimy do najbliższego Schroniska – Sowy. Spadło nam morale i chcieliśmy się ogrzać. Odpowiedź na pytanie o to do której otwarty jest bufet wybrzmiała złowieszczo PIWA BRAK, więc nie brnęliśmy dalej i postanowiliśmy zajrzeć tam osobiście – mieliśmy po drodze. Okazało się, że w niedzielę o 18-19:00 schronisko było zamknięte na cztery spusty. Pozostał nam po tym niesmak.

Odbijamy się od drzwi i lecimy dalej. Nie chcą nas – no trudno!

Za to zlokalizowany kilometr dalej-niżej Orzeł to miód na serce strudzonego wędrowcy. Ceny niskie, psy mile widziane, jedzenie przewyborne, pokoje czyste i z widokiem na świat. Do tego przesympatyczny właściciel.

Uwaga, w schronisku urzędują koty – sfinksy! Bądźcie mili i nie spuszczajcie swoich podopiecznych ze smyczy.

Za to schronisko Orzeł… mmmm!
Przyschroniskowe tereny aż się proszą o spacer!
Czerwonym, niebieskim, zielonym… ze schroniska Orzeł do kompleksu Gontowa

Drugiego dnia naszej wędrówki mieliśmy ambitny plan aby zejść z Gór Sowich i wejść w przeciwległe przedgórze. Jak to jednak w górach bywa, kaprysy potrafią dopaść każdego. Najpierw podupadła pogoda, potem nasze humory, a potem chęci do wędrówki. Mimo to udało nam się dotrzeć do punktu, na którym nam zależało – kompleksu w zboczach góry, co zwie się Gontowa.

Jednak zanim tam dotarliśmy musieliśmy przebrnąć przez (znowu, bo to długie miasteczko jest) Sokolec. My poszliśmy trochę w ciemno, przez pola, ścieżkami nie zaznaczonymi na mapie i nieoznaczonymi jako szlaki. W efekcie zabrnęliśmy w jakieś dzikie gąszcze sąsiadujące z czyimś polem. Bardzo dużym polem…

To my, przeprawiając się przez czyjeś pastwisko (krowy były na szczęście po drugiej stronie)

Po drugiej stronie widzieliśmy ładną ścieżkę, która uratowałaby nas przed lawirowaniem między pokrzywami, kującymi krzakami a elektrycznym drutem kolczastym. Postanowiliśmy więc przez to pole przemknąć i objawić się na upragnionej pięknej ścieżce. Jakkolwiek czmychanie przez podpięty do prądu drut kolczasty może być prędkie to na pewno bez szkód w dobytku (swoim i właściciela terenu) zrealizowaliśmy swój niecny plan. Ale nie powtarzajcie tego, nie warto. Polecam pójść po prostu niebieskim szlakiem przez Sokolec. Powędrujecie trochę środkiem miasteczka, asfaltem, między autami, ale nie skopie Was prąd i nie pogonią Was krowy.

Gontowa

Kompleks Gontowa nie jest dostępny komercyjnie. To znaczy nie wejdziecie tam sobie z przewodnikiem, który oprowadzi Was po najdalszych zakamarkach. Widoczne wejścia do sztolni są dwa (ponoć jest ich więcej, ale nie są zaznaczone na mapach), ale oba są zakratowane ze względu na to że kompleks jest ostoją nietoperzy. Aleale! Ku naszemu zdziwieniu (i trochę przerażeniu) okazało się, że w tych kratach jest tajemne przejście. Według tabliczki na kratach od 30 września do 30 kwietnia kłódka jest zamknięta. My byliśmy tam przed 30 września. Cykaliśmy się trochę, bo co dobrego może nas czekać u zakratowanego wejścia do wielkiej jaskini? Nie zdecydowaliśmy się wejść do środka, ale dużo o tym czytaliśmy.

Ponoć sztolnia nie jest jeszcze do końca zbadana. Snuje się teorie, że ktoś, kto stąd uciekał – i to długo po wojnie! – celowo dokonał kilku eksplozji, które skutkowały zawaleniem się wejść i skutecznie uniemożliwiły eksplorację wnętrza. Do tej pory trwają specjalistyczne prace nad odkryciem tajemnic tego miejsca… to znaczy różni wariaci rzucają się z nadzieją, że „góra ich wpuści”. Jest ono jednak trudno dostępne. W środku stoi dużo wody, a sama góra – w sensie piaskowiec – jest bardzo niestabilna.


Moim zdaniem prędzej nakręci się tu horror, niż odkryje jakieś tajemnice.
Zielony szlak z kompleksu Gontowa do Świerków Dolnych

Nie ma co owijać w bawełnę. Ten odcinek jest ładny i przyjemny. Wiedzie trochę lasem, trochę polami. W sam raz na spacer z psem! A, i rosną tam bardzo wysokie drzewa.

Przydatne informacje
  • szlaki te są położone na terenie Parku Krajobrazowego Gór Sowich oraz Ostoi Nietoperzy Gór Sowich
  • wchodzisz tu za darmo, i Ty i Twój pies!
  • ten rejon jest dość popularny – jeśli chcesz mieć góry dla siebie wybierz się tam w tygodniu lub poza „ostatnimi takimi ciepłymi weekendami”
  • szlakami szczególnie w ścisłym rejonie Wielkiej Sowy poprowadzone są szlaki rowerowe, które są lubiane przez fanów dwóch kółek – miej oczy dookoła głowy!
  • nie polecamy schroniska Sowa, za to schronisko Orzeł ugościło nas bardzo miło! Cena za nocleg to około 20-30zł za osobę za dobę w zależności od wielkości pokoju. Są psiolubni, obowiązuje opłata 10zł za psa za dobę. Obok schroniska można rozbić namiot. (stan na listopad 2019, sprawdź informacje przez wyjazdem!)
  • uwaga! W schronisku Orzeł urzędują koty – sfinksy. Nie puszczaj psa luzem na terenie obiektu!
  • w Góry Sowie z łatwością dojedziesz pociągiem – zatrzymaj się na stacji Bartnica, Świerki Dolne, Ludwikowice Kłodzkie lub Nowa Ruda.

Lubię ten szlak! Nie jest wyjątkowo urodziwy, ani dziki… Ale cieszy oko i można nim maszerować i maszerować… i zająć się własną głową.

Spragniony więcej? Sprawdź jak i gdzie samemu znaleźć fajne trasy!

Są tylko dwie rasy alpak - Huacaya i Suri. Kiedyś mogły wyginąć!
W górę!