
Najpiękniejszy szlak w Masywie Śnieżnika – Dolina Wodospadów i Sušina (1321 m)
Mało jest szlaków takich jak te – pięknych, dzikich, a jednocześnie pustych i wymagających. Wytyczając szlak na Sušinę wiedziałam, że będzie prowadził przez dwa wodospady. Okazało się jednak, że na miejscu czekała na mnie cała dolina usiana kaskadami. Ochów i achów nie było końca – moje oczekiwania spełniły się w 150%, a to był dopiero początek, bo na górze czekały na nas bunkry i liczne ślady wilków. Zapraszam Cię na relację z tej przepięknej, męczącej, ale satysfakcjonującej wycieczki.
Uwaga: ten szlak polecam tylko wprawionym górołazom bez ograniczeń motorycznych i z w miarę dobrą kondycją. Dodatkowo, w kwietniu w Masywie wciąż trwały roztopy, a na szlaku zalegało sporo zmarzniętego śniegu. Szlak liczy tylko 15 kilometrów, ale z uwagi na przewyższenie i warunki, był zdecydowanie bardziej męczący, niż „powinien”. Latem z pewnością jest nieco lżejszy (bez śniegu), ale i tak prowadzi przez dwa wymagające kondycyjnie podejścia. Potem jest już spoko :)
Uwaga 2: szlak ten znajduje się w Czechach, weź ze sobą dokumenty swoje, auta oraz paszporty psów.
Parking i pierwsza dolina
Auto zostawiłam na bezpłatnym, żwirowym parkingu na około 15 aut, na samym końcu miejscowości Sklené. W kwietniowy piątek o 10:00 było tam tylko jedno auto. Jestem pewna, że cały ruch turystyczny kumuluje się nieco dalej, w miejscowościach Dolni Morava oraz Horni Morava.



Ruszamy na początku żółtym szlakiem w kierunku przełęczy U sedmi cest. Ten odcinek jest stromy i męczący, a nasze położenie pogarsza fakt, że w dolinie widać wciąż liczne pozostałości po powodzi z 2024 roku. Pełno tu zwalonych drzew, a przez roztopy teren jest dość podmokły.
Parę razy gubimy szlak lub nadrabiamy drogi, ale kierujemy się zasadą, by iść wzdłuż potoku. Ta średnio widoczna ścieżka wyprowadza nas najpierw na przecinkę z szutrową drogą, a następnie na drugą część podejścia, wciąż żółtym szlakiem. Ta druga część jest zdecydowanie bardziej znośna. Wciąż jest bardzo stromo, ale przynajmniej odsłaniają się widoki – nieliczne na całej dzisiejszej trasie. W zasadzie chyba tylko siłą woli wchodzę za niewzruszonymi stromizną psami, i to w czasie krótszym niż zakładała aplikacja! Chyba chcę mieć ten odcinek już za sobą…

Ostatecznie wychodzimy do komfortowej, szutrowej, leśnej drogi, która w pół minuty podprowadza nas pod niewielką, starą wiatę na przełęczy U sedmi cest. Robimy sobie tu przerwę. Lżej mi z myślą, że najtrudniejsze podejście mamy za sobą.
Druga dolina – ta z wodospadami
Po krótkiej przerwie na uzupełnienie kalorii (a spalę ich tego dnia 2600, czyli 2x więcej niż np. w drodze na wyższy od Sušiny Śnieżnik… i najwięcej kiedykolwiek!), ruszamy w dół do drugiej doliny. Zaprowadza nas tam najpierw szlak żółty, a potem łącznik zwykłą drogą. Uwaga – na tym odcinku poprowadzony jest szlak rowerowy. My, piesi, możemy się po tej drodze poruszać, ale miejmy z tyłu głowy, że pierwszeństwo tu mają Ci poruszający się na dwóch kółkach.


W dolinie praktycznie od razu wita nas pierwszy wodospad – Vodopad Prudkeho Potoka (Wodospad Prędkiego Potoku, można przetłumaczyć). Ten, którego szukałam i po który tu szłam. Zejście do tafli wody nie jest oczywiste i przegapiłabym je, gdyby nie psy, które dały mi sygnał, że gdzieś tam jest ścieżka. Jest stroma, kręta, wydeptana „na siłę”, ale udaje nam się zejść pod sam wodospad. Jest piękny, a roztopy jeszcze potęgują biel spływającą po skałkach!




Cieszymy oczy i uszy szumem wody, ale z tyłu głowy świta mi myśl, że przed nami jeszcze bardzo długa droga. Ta myśl trochę mnie dobija, bo rzadko jest tak, że podczas wędrówki tracę wysokość. Raczej tak planuję trasy, że jak już idę, to pod górkę, a potem z góry. A tu po podejściu w górę jednej doliny, zeszłam do drugiej…
W górę Doliny Wodospadów
Ruszamy jednak i tuż za pierwszym mostkiem odkrywamy kolejne wodospady. Skaczę z radości, bo jednak nie ma to jak ponadprogramowy wodospad na trasie… Prawda? Wtem moje oczy dostrzegają kolejną – i kolejną – i kolejną kaskadę na naszej trasie.






Wędrujemy tak około 2 kilometry pod górkę, co chwila zatrzymując się na zdjęcia. Ścieżka jest przyjemna, z raptem nielicznymi fragmentami, gdzie muszę się czegoś przytrzymać, by pokonać większy kamień. Nie zalegają na niej drzewa. Po drodze jest wiele miejsc, w których można ze ścieżki nieco zboczyć, zamoczyć łapki albo napić się wody. Zimą, obawiam się, ten szlak jest baaaardzo trudny i lodowaty.




Im wyżej, tym pojawia się coraz więcej śniegu, a las robi się ciemniejszy i wilgotniejszy. Po tym śniegu idzie się ciężko, jest zlodowaciały. Człowiek albo się ślizga, albo wpada po kolana w zalegającą zaspę. Czasem uda się przejść bez potknięć – to cud, ale i tak ciało spina się z każdym krokiem. Ten śnieg będzie nam towarzyszyć przez następne kilka kilometrów i znacznie wydrenuje moje zapasy energii. Jestem pewna, że to właśnie przez takie warunki spaliłam podczas tej wędrówki niebotyczną ilość 2600 kalorii.
Wchodzimy na teren rezerwatu przyrody. Strumyk i coraz mniejsze kaskady nie opuszczają aż do punktu Mokřiny, gdzie nasza ścieżka spotyka się z kolejną szutrową drogą. Od tego miejsca nie spotkamy już ani jednego wodospadu, aż do wylotu kolejnej doliny za około 7 kilometrów.
Na Sušinę i Podbelkę
Z przystanku Mokřiny idziemy dalej czerwonym szlakiem w kierunku Sušiny. Do szczytu mamy już tylko 2 kilometry – a za nami jakieś 6,5! Na tym odcinku zaczynam czuć niepokój.
Z dwóch powodów: po pierwsze, od wyjazdu z domu nie widziałam żywej duszy. Nawet na parkingu, a nawet we wsi, w której zostawiałam auto. Zaczynam się czuć samotnie i niepewnie, ale złapałam trochę zasięgu, więc dla poprawy nastroju nagrywam głosówki i odpowiadam na kilka wiadomości na Instagramie. Głupia rzecz do robienia w górach, ale mam swój powód. Od paruset metrów regularnie napotykam spore, wilcze odchody. Nie raz, nie dwa – zanim dojdę na Sušinę napotkam ich z 15. Zaznaczam więc swoją obecność właśnie głośno gadając… to sama do siebie, to do psów, to na głosówkach.




Po drodze na najwyższy szczyt mijamy jeszcze bunkier, ale o nim i jemu podobnych opowiem w kolejnym akapicie. Tymczasem brodząc w śniegu, z niepokojem i w wyjątkowo dzikiej, niezadeptanej przez człowieka scenerii, docieramy na szczyt Sušiny, położony na wysokości 1321 metrów nad poziomem morza. Nie ma stąd żadnych widoków.

Bunkry w drodze na Podbělkę
Jedząc kanapki z serem na Sušinie wiem już, że więcej podejść nie będzie. Hura! Jednocześnie dociera do mnie, jak karkołomne było to podejście i jak zmęczona jestem. Dawno takiej wyrypy nie robiłam i trochę czuję że żyję, a trochę że jutro będę zdychać… Ale – hej, nadal zero ludzi i piękna dzikość dookoła! Czy w takich okolicznościach można narzekać?
Ze szczytu ruszamy niebieskim szlakiem na Podbělkę (1308 m n.p.m.). Szczyt w swojej budowie bardzo podobny do Susiny, bez widoków, zalesiony przepięknym lasem iglastym. Po drodze mijamy kilka ukrytych w lasach bunkrów.





Co to za bunkry?
Wiem, że to profil o psach i górskich trasach, ale muszę zrobić wyjątek, bo się uduszę, jeśli Wam o tym nie opowiem. Mijacie je pewnie za każdym razem w Karkonoszach, Górach Orlickich czy tutaj – w Masywie Śnieżnika. Obrośnięte mchem bunkry…
To tak zwane řopíki (czytaj: rzopiki). To lekkie schrony bojowe, elementy gigantycznej Linii Benesza, która miała okalać całe Czechy i chronić je przed III Rzeszą. Zbudowano ich ponad 10 tysięcy w zaledwie kilka lat, a plan zakładał ich aż 16 tysięcy. Dla porównania: słynna francuska Linia Maginota, na której Czesi się wzorowali, miała ich niespełna 6 tysięcy. Skala tego projektu była niewyobrażalna.
Ale wiecie, na czym polega największy tragizm tych bunkrów?
Ta potężna linia obrony nigdy nie została użyta. Czechosłowacja nie dostała szansy, by się tu bronić. W wyniku politycznego układu w Monachium, panowie w garniturach zdecydowali, że Kraj Sudetów (niem. Sudetenland) trzeba oddać Hitlerowi. Czesi musieli zostawić te wszystkie bunkry, swój pot i ogromne pieniądze, i wycofać się bez wystrzelenia choćby jednego pocisku.
Te mury milczą od 80 lat, będąc pomnikiem czechosłowackiego potencjału i niewykorzystanej potęgi. A co stało się z nimi później, kiedy przejęli je Niemcy? Cóż, na niektórych z tych bunkrów testowali swoje artyleryjskie możliwości i szkolili żołnierzy przed pójściem na zachód – na Francję. Nigdy nie użyto ich do celów bojowych.
Na szlaku z Susiny na Podbelkę takich bunkrów jest kilkadzieści. Niektóre są ukryte głęboko w lesie, a na niektóre wyrastają przed Tobą nagle, gdy wychodzisz zza zakrętu.

Opowiadam o tym, bo II Wojna Światowa i nie tylko, odcisnęła na Sudetach duże piętno – od nadziei i zbrojenia, aż po przesiedlenia i wysiedlenia. Dziś Sudety są mozaiką kultur i języków. Nigdy tak naprawdę nie miały swojej tradycji jak Tatry, Bieszczady czy Beskidy. Całą historię Sudetów opowiadam w moim e-booku dla psiarzy „Gdzie w Sudety z psem?„ jako uzupełnienie do proponowanych tras. Piszę tam o czarownicach, laborantach, sztolniach, powodziach i kurierach z PRLu. Dla mnie to bardzo ważny fragment e-booka, w którym staram się przybliżyć Wam unikatowość mozaiki kultur, języków i historii, na które natraficie na urlopie.
Zejście trzecią doliną
Jeszcze zanim ruszymy w dół, wpisujemy się do zwilgotniałej książeczki w skrzynce tuż pod szczytowskazem. Potem obieramy kierunek dalej niebieskim szlakiem. Gdzieś tutaj wdeptuję zbyt pewnie w kopkę śniegu i ześlizguję się na ukrytym pod spodem błotecie. Po łydkę zapadam się w kociołku z lodowatą wodą, która przesiąka mi przez każdy centymetr mojego buta. Tak docieramy do łowieckiej chaty Babuše. Pięknie położona, ale zamknięta, a wokół pełno śmieci.



Gdybyśmy mieli siłę, moglibyśmy stąd pójść jeszcze dalej na Souš. Z mapy wnioskuję, że rozciągają się stamtąd widoki, których podczas tej wędrówki trochę mi brakuje. Nie decyduję się jednak na przedłużenie wędrówki, bo napotykam coraz więcej wilczych odchodów. Teraz mogłabym je liczyć w dziesiątkach. Zielony szlak sprowadza nas wąską i średnio wydeptaną, ale wyraźną ścieżką w dół, aż do drogi. Tu spotykamy w końcu pierwszych ludzi – mija nas auto z czeskimi leśniczymi.
Zanim zejdziemy do auta, zbaczamy jeszcze do ostatniego wodospadu – Vodopády Malé Moravy. Jest dość duży, intensywny i wydaje mi się, że tryska wodą o każdej porze roku (patrząc po zdjęciach znalezionych w internecie). Najpiękniejszy zdaje się być jesienią, ale nam ukazuje się w równie wspaniałej formie.

Z tak świeżo zapisanymi wspomnieniami ruszamy już teraz naprawdę na serio do auta, po drodze mijając może ze 2 gospodarstwa. To była bardzo satysfakcjonująca, ale przy tym najbardziej męcząca wędrówka, jaką nam kiedykolwiek wytyczyłam!





