Swoją drogą

Wrzód rogówki u psa i życie z jednookim bandytą

W styczniu 2019 roku w nasze życie cichaczem wkradła się nieznana nam dotąd psia przypadłość. Pierwszy raz w życiu nie wiedziałam co dolega mojemu psu. Zaczęło się niewinnie – Fibi częściej wycierała się w dywan, a potem trochę mrużyła oko. Nic innego nie zmieniło się w jej zachowaniu, więc myślałam, że coś utknęło jej w kąciku albo drażnią ją włosy – to u terierów z racji ich „roztrzepania” dość powszechne zjawisko. Po przyjrzeniu się sprawie już na pierwszy rzut oka było widać, że coś jest nie tak. Zauważyłam coś jakby wijący się po powierzchni włos, ale po mrugnięciu nie przesuwał się. To nie był włos. Weterynarz od razu był pewien diagnozy – wrzód rogówki u psa.

Zaleczyliśmy dziada, a pół roku zawinął do nas z powrotem. Tym razem do drugiego oka i nie dał się wypędzić z niego tak łatwo.

Ten post jest zbiorem doświadczeń, którego brakowało mi w psiej blogosferze kiedy sama szukałam informacji i podobnych przypadków. Jestem daleka od nazywania tego posta rzetelnym i jedynym źródłem wiedzy nt. wrzodu rogówki u psa. Jeśli zdrowie Twojego psa budzi wątpliwości koniecznie skontaktuj się z zaufanym lekarzem weterynarii. Nie bagatelizuj pierwszych objawów, żeby nie walczyć potem z poważniejszymi konsekwencjami!

Jeśli ten post czyta jakiś weterynarz i przerazi go nieprofesjonalne i nienaukowe słownictwo – przepraszam. To tylko spis moich doświadczeń.

Wszystkie zdjęcia z posta pochodzą z czasów po operacji drugiego wrzodu i są wesołe, bo temat jest wystarczająco przygnębiający.

Wrzód rogówki u psa – definicja krowie na rowie

Według mojej wiedzy wrzód rogówki to uszkodzenie pierwszej warstwy oka, tego przezroczystego nabłonka z którego istnienia nie zdajesz sobie sprawy dopóki nie zaczyna odstawiać cyrków. Typów tego wrzodu jest co najmniej kilka – powierzchowne, głębokie, wrzody boksera, nadżerki… Nawet nie chcę ich charakteryzować, bo tym i oceną oka powinien zająć się weterynarz. Nas dotknął wrzód boksera, czyli najprościej mówiąc: samo się zrobiło, bo brakowało czegoś w organizmie i nabłonek chce się zregenerować, ale nie umie przylegać z powrotem do oka. Ani tego nie przewidzisz, ani tego nie zakopiesz pod dywan.

Wrzód rogówki u psa – przyczyny

Przyczyn wrzodu rogówki u psa może być cała masa. Część zależy od czynników zewnętrznych, a z częścią trzeba się pogodzić jako z naturalnym ryzykiem. Chcąc znaleźć przyczynę weterynarze doszukiwali się przyczyn w chorobach immunologicznych, dziedzicznych wadach, zakażeniach, trwałych podrażnieniach np. ciało obce lub rosnące/wrastające włoski, nieszczęśliwych wypadkach typu harce w krzakach albo piach wykopywany w przestrzeń przez Krakersa, który akurat zamaszyście zakopywał list miłosny dla Soni z klatki obok.

Ja do dziś nie wiem co było przyczyną obu wrzodów, ale domyślam się, że taki był po prostu nasz los. Nie było uszkodzenia mechanicznego ani żadnej choroby czy zakażenia. Domyślam się, że „samo się”, bo „jakoś tak”. Predyspozycje.

Wrzód rogówki u psa – objawy

Wydaje mi się, że początek pierwszego spotkania z wrzodami umknął mi niepostrzeżenie. Ciężko było ujrzeć coś nietypowego i uporczywego w ślizganiu się psa po dywanie, jeśli robi to codziennie, sam z siebie, z zadowolenia po kolacji czy spacerze. Zaniepokoiło mnie dopiero to, że Fibi po każdym takim ślizgu miała przymknięte oko. No kurcze, raczej nie dlatego, że tarła otwartym okiem o frędzle?

Drugim niepokojącym objawem było to, że gdy ją wołałam i gdy patrzyła na mnie z przejęciem… częściej mrugała jednym okiem. To mrużyła je, to mrugała, ale ewidentnie było widać, że coś jest z tym okiem nie tak.

Trzecim dość łatwym do wyłapania objawem było zwiększone łzawienie. Rano z oka zbierałam więcej „śpioszków” niż zwykle.

Nie zaobserwowałam u Fibi światłowstrętu ani innych objawów. Tylko tyle. Jakby coś jej wpadło do oka, z tą różnicą że po dokładnych oględzinach miała na oku dziurę, jakby brakowało cienkiej warstwy farby w ścianie.

Wrzód rogówki u psa – leczenie

Leczyliśmy to dziadostwo dwukrotnie, za każdym razem na inne oko i za każdym razem u innego weterynarza ze względu na ich dostępność i konieczność szybkiej reakcji. Okazuje się, że wrzody rogówki są kapryśne i mogą się goić łatwo i w miarę bezboleśnie, a możemy też trafić na takiego, który zażyczy sobie operacji.

Uwaga – nie mam na celu przedstawienia jedynego słusznego leczenia. Chcę tylko by osoby, które też borykają się z wrzodami rogówki u swoich psów wiedziały jak może wyglądać cały proces. Żeby wiedziały na co czekają.

Pierwszy wrzód rogówki załatwiliśmy w bodajże 3 wizyty

I wizyta: rozpoznanie zaczęło się od badania okulistycznego z użyciem specyfika, który barwi ubytki w oku na zielono. Ustaliliśmy, że mamy do czynienia z wrzodem boksera, a wokół uszkodzenia jest dużo nieprzylegającego nabłonka, który trzeba było ściągnąć. To miało pozwolić mu odbudować się na nowo. W miejscowym znieczuleniu Fibi miała ściągany nabłonek małą wiertareczką z diamentową końcówką. Brzmi strasznie, ale całość potrwała może z 15 minut. Do domu dostaliśmy leki nawilżające, przeciwbólowe i antybiotyk. Takie leki podawałam w zależności od zaleceń od 3x dziennie do „co 2 godziny”. Fibi wyszła z gabinetu o własnych siłach, zakołnierzowana i z dobrym humorem, tylko upaprana na zielono. Zyskała ksywkę Indianin vel Pocahontas ;)

II wizyta (7 dni później): wrzód się nie poddał, więc była powtórka ze ściągania nabłonka. Dodatkowo dostaliśmy surowicę.

III wizyta (7 dni później): oko się wygoiło, a my wyszłyśmy z gabinetu szczęśliwe i z zaleceniem stosowania sztucznych łez przez kolejny miesiąc, tak żeby wesprzeć oko w regeneracji. Na oku pozostała blizna, taka jasna smuga, która ciemniała wraz z upływem czasu. Ostatecznie widoczna była tylko podczas badania okulistycznego jakimiś specjalnymi narzędziami.

Całość leczenia pochłonęła ok. 600zł (kwota orientacyjna, Wrocław).

Tak, ta burza w tle to autentyk. Przed taką „burzą” uciekaliśmy miesiąc, tylko tą burzą był wrzód.
Drugi wrzód rogówki nie dał się tak łatwo!

Przypałętał się do nas w połowie sierpnia, dosłownie na kilka dni przed tym jak mieliśmy wyruszać na Główny Szlak Sudecki. Niestety musieliśmy odwołać przejście, do którego przygotowywaliśmy się kilka miesięcy i skupić się na zdrowiu Fibi.

Poszczególne kroki były mi znane i dwie pierwsze wizyty przebiegły podobnie – ściągnięcie martwego nabłonka z oka, leki, zalecenia, wykupowanie recept… Podczas trzeciej wizyty okazało się, że oko wciąż się nie goi, dlatego konieczne było wykonanie operacji.

Wrzód był upierdliwy i dość zaawansowany, dlatego po konsultacji z weterynarzem podjęliśmy takie kroki, by zwiększyć szanse na wyzdrowienie (kosztem grubości portfela ;)). Operacja miała polegać na ściągnięciu nabłonka z oka, nałożeniu soczewki kolagenowej przyspieszającej regenerację i zamknięciu oka opatrunkiem z trzeciej powieki, aby oko „miało spokój”. To znaczy jak odchylasz lekko powieki, to pod spodem jest mięcho, a nie oko, a pies nic na nie nie widzi. Brzmi strasznie i wygląda strasznie, przynajmniej przez pierwsze 3 dni. ;) Operacja trwała niedługo (do 1,5h) włącznie z usypianiem psa.

Fibi wyszła z gabinetu z moją pomocą, w kołnierzu, nie widząc na jedno oko. Tym razem koszt wszystkich zabiegów, operacji, leków itd. wyniósł około 1100zł + dojazdy.

Zszyte oko z bliska. Idzie się przyzwyczaić do widoku Frankensteina.
Pies nie widzi na jedno oko – moje obserwacje

Przyznam szczerze, że moje doświadczenie z mieszkaniem pod jednym dachem z całkowicie lub częściowo ślepym psem było równe zeru. Bałam się i nie wiedziałam jak traktować Fibi po powrocie. Na szczęście ona sama pokazała mi, że to nic strasznego. Doszła do siebie i bardzo szybko zaadaptowała do nowych warunków. Chyba stwierdziła, że trudno i że jeśli tak ma być, to nie ma co rozpaczać. Szwy ciągnęły ją przez pierwsze dwie doby – później przestała na nie zwracać uwagę.

Ograniczyliśmy wypady w góry do zera. Spacery również tylko takie nieprzeciążające. Nie dlatego, że pies nie chciał – ja się bałam. Że szew puści, że się wyrżnie w tym kołnierzu, że na coś wpadnie, że pójdzie w długą spuszczona luzem, bo przestraszy się czegoś, co wcześniej nie stanowiło problemu.

Nawet w kołnierzu i „z jednym okiem” da się być największym terrorem w stadzie… A mając mudiki za konkurencję to wcale nie jest takie oczywiste! ;)

Przez całe 2 tygodnie łażenia w kołnierzu Fibi wyrobiła sobie sposób na wąchanie w trawie uparcie napierając na ziemię aby dostać się do zapachu. Szkoda tylko, że wielokrotnie podrzucała tym kołnierzem ziemię, piach, wyrywała trawę albo natrafiała na inne badziewne niespodzianki. ;)

Jedzenie? Uciekająca miska? To też nie był dla niej problem, chociaż kilkukrotnie przez przypadek podrzuciła sobie miskę wysypując zawartość.

Oko łzawiło dość mocno i codziennie kilka razy trzeba było czyścić jego okolice. Niestety mając psa w takim stanie nie wykąpiesz go, dlatego prościej było wyciąć zbyt brudne i pozlepiane kępki sierści – dla higieny i komfortu.

Cała reszta nie miała znaczenia. Szczególnie zahaczanie o rogi, krawędzie, ściany… Przeorane? No trudno! Chcę przedostać się na drugi koniec łóżka wzdłuż ścianki? No trudno! Nie trafiłam w windę tylko w ścianę? Ojeja, następnym razem powiedz mi, żebym zrobiła to wolniej, no ale TRUDNO! ;)

Najgorzej

Trudność i spadek samopoczucia przysparzały jej czynności pozornie błahe, jak na przykład drapanie się za uszkiem. Trzeba było nadrabiać te niedogodności i wyręczać ją w drapaniu. Win-win! Trudnością było przystosowanie się do braku widzenia tak przestrzennego jak mając full opcję oczy. Jak masz jedno oko to każdy hydrant wydaje się straszny, każdy pies dwa razy większy.

Ale jak masz pamięć mięśniową (schody), spoko właściciela (harce) i jakiś nadrzędny sens istnienia (dobre jedzenie) to nikt Ci nie zabierze dobrego humoru, a więc i szybszego zdrowienia!

W dniu zdjęcia szwów i kołnierza

Operacja i co dalej?

Nie wiem. Powiedziano mi, że wykonane zabiegi dadzą nam 90% szans na wyzdrowienie i udało się. Dziś, kiedy piszę tego posta potwierdziłam u weterynarza, że oko Fibi się wygoiło. Po miesiącu okulistycznych bitew w końcu możemy odetchnąć z ulgą… Choć troszkę pozornie. Bo hydrant już nie był straszny i świat już nie był taki dziwny „na jedno oko”… A teraz znów jakaś zmiana. ;) Ale to jest niewielka niedogodność w kontekście sukcesu, jaki osiągnęli nasi weterynarze, ich asystenci, ja i oczywiście Fibi!

A co jeśli by się nie udało? Nie wiem. Nie pytałam, nie chciałam wiedzieć.

Gwoli przypomnienia! Ten post jest zbiorem doświadczeń, którego brakowało mi w psiej blogosferze kiedy sama szukałam informacji i podobnych przypadków. Jestem daleka od nazywania tego posta rzetelnym i jedynym źródłem wiedzy nt. wrzodu rogówki u psa. Jeśli zdrowie Twojego psa budzi wątpliwości koniecznie skontaktuj się z zaufanym lekarzem weterynarii. Nie bagatelizuj pierwszych objawów, żeby nie walczyć potem z poważniejszymi konsekwencjami!


Jeśli ten post czyta jakiś weterynarz i przerazi go nieprofesjonalne i nienaukowe słownictwo – przepraszam. To tylko spis moich doświadczeń.

Jeśli coś podejrzewasz – leć do weta. Jeśli już leczysz – powodzenia. Jeśli czytasz z ciekawości – oby nigdy Ci się nic złego nie przytrafiło.

Wyściskajcie psy ode mnie!

Rudawiec (Góry Bialskie) to szczyt należący do Czech, ale po czesku nazywa się Polská hora
W górę!