Fotoposty / Opowieści / Polska z psem

Jedna noc i jeden jesienny wschód słońca poza miastem [20+ zdjęć]

Zdarza nam się z Maćkiem tak, że przytłoczeni miastem postanawiamy wyjechać teraz, natychmiast, byle do natury, byle z dala od miasta. Żeby zapach jesieni zastąpił nam zapach spalin, a odgłosy nocnego zwierza zgiełk samochodów. Tak też było tym razem, choć czasu nie mieliśmy zbyt wiele. Meteorolodzy zapowiedzieli ładną pogodę i zaświtała mi w głowie myśl, że to być może ostatnia szansa na namiot w tym roku. Spontan, jedziemy?

Domyślam się, pewnie powiesz: „No nie wiem… Przecież jest środek tygodnia, jutro to pracy…

Ale wiesz ile można zrobić w jedno popołudnie i poranek? Dużo, jeśli tylko zachwycisz się prostymi rzeczami. Jeśli opadną klapki i wstaniesz z kanapy, i stwierdzisz: okej, robimy to! Jest poniedziałek, jutro rano idziemy do roboty, więc szybko, nie ma czasu do stracenia!

Jedzenie gotowe, mój plecak też. Czekam na Maćka aż wróci z pracy i spakuje swoje manatki. Namiot każdy ma swój, bo będziemy testować swoje patenty na spanko, śpiwór, maty, ciepłe ciuchy… Karma dla psów, menażki, palnik, i jeszcze parę pierdół, i herbata.. i kisiel i ciastka! Bez tego biwak się nie odbędzie!

Ruszamy.

Na miejsce mamy dosłownie 30 minut drogi. Zmierzamy nad Jezioro Bajkał, tuż pod Wrocławiem, w zasadzie przyklejone do małego miasteczka. Jak dla nas jest wystarczająco dzikie. Na co dzień można spotkać tam kwiat polskiej młodzieży, ludzi organizujących ogniska czy grille, wędkarzy i miłośników przyrody. Jest to obszar chroniony, choć bliskość cywilizacji mu szkodzi i traktowany jest jak pierwszy lepszy zielony teren. My się nie oszukujemy – jesteśmy tu tylko gośćmi. Ostatnie kilkaset metrów to sprawdzian dla podwozia. Mniej odważni wjadą tu tylko rowerem lub dojdą pieszo, ale Maciek litości dla swojego auta nie ma za grosz. Docieramy na upatrzone miejsce. Zgarniamy kilka pozostawionych przez poprzedników śmieci (ba, nawet dzwonimy pod numer znaleziony w śmieciach z prośbą o ogarnięcie bajzlu :)). Rozkładamy swoje namioty na brzegu, na skrawku trawy obok rozjeżdżonej oponami ziemi. To nam wystarczy.

Przy gotującej się herbacie jemy obiad i deser. Kisiel poziomkowy z ciastkami oblanymi mleczną czekoladą rozgrzewa i poprawia humor. Już chcemy iść spać, kiedy okazuje się, że na zegarku mamy dopiero godzinę 20:00. Czy warto kłaść się już spać?

Do głowy wpada nam pomysł zrobienia kilku nocnych fotografii. W jednym momencie zapominam wszelkie reguły, które rządzą tym typem zdjęć. A przecież czytałam kiedyś o tych wszystkich regułach i zależnościach… Improwizuję. Strzelam kilka zdjęć w namiocie na czuja, kiedy Maciek próbuje „upolować” Księżyc.

Jesteśmy tak bardzo nieprzygotowani, że nie mamy nawet statywu – do fotografii nocnej, bez statywu, tak! Zamiast tego wykorzystaliśmy dwa wiadra, które raz po raz gibają się w losową stronę. Mimo to mamy niezły ubaw z eksperymentowania z nowym, nocnym typem fotografii. Obiecujemy sobie, że kiedyś spróbujemy jeszcze raz zmierzyć się z wyzwaniem. Tym razem ze statywem i odpowiednią wiedzą!

Robi się coraz zimniej, więc po trochę ponad godzinie zaszywamy się każdy w swoim namiocie. Według aplikacji i wszelkich obliczeń wschód słońca powinien pokazać nam się około 7:15.

Ustawiamy budziki na 6:00… i na wszelki wypadek 6:10.
Jak to „budziki na 6:00???”

Noc jest chłodna, około 10 stopni. Leżąc i tuląc się do Fibi przez przechodzi mi przez myśl, że to nie jest najlepsza pora na testowanie nowych patentów… Na dodatek psy uporczywie próbują wykaraskać się ze śpiwora. Budzę się średnio co 3 godziny, to zakrywając się bardziej śpiworem, to łapiąc uciekające mi psy. Czasem nie wiedzą co robią, a po 10 minutach przychodzą z powrotem trzęsąc się z zimna. Myślę, że przez ponad 1,5 roku biwakowania wyrobiłam w sobie formę „profilaktycznego lunatykowania”, to znaczy w półśnie profilaktycznie wpycham psy z powrotem do śpiwora. To sytuacja win-win, bo grzejemy się wzajemnie.

No i jest pełnia księżyca. Na zewnątrz jest tak jasno, że przez niedomknięte poły swojego tarpa widzę rażące światło. Jak to mówi Maciek – jasno tak, że można by książkę czytać.

Budzę się równo z budzikiem, tym pierwszym, ale nie znajduję motywacji, żeby się podnieć. Jest zimno, a śpiwór zapewnia jako takie ciepło. O 6:10 słyszę zza namiotu głos Maćka… „śpiiiisz?”.

No wstaję!

Na zewnątrz jest jeszcze ciemno i głucho. Idealnie, bo nie musimy się zrywać i strzelać zdjęć, mamy czas na rozpęd. Lezymy jeszcze kilka minut podziwiając widok z naszych namiotów. Księżyc akurat schodzi coraz niżej i odbija się od spokojnej tafli Jeziora Bajkał.

Słońce coraz śmielej wygląda zza horyzontu, więc i my musimy wykaraskać się z namiotów. Sceneria zmienia się z minuty na minutę. Odwracam się w jedną stronę, robię zdjęcie, odwracam się w drugą a tam już całkowicie inny krajobraz. Powiedzieć, że to czarujący spektakl to jakby nie powiedzieć nic. Warto było pomarznąć w nocy dla takich widoków.

Czas płynie dalej, ale natura kusi nas widokami. Postanawiamy zostać jeszcze chwilę… i jeszcze jedną, dwie… Za każdym krzakiem odkrywamy zupełnie nową scenę pięknego spektaklu. Jesteśmy jedynymi widzami…

W końcu pukam się w głowę, prawie zapomniałam! Wzbijam drona w powietrze…
Przysięgam, to moje ulubione zdjęcie z tej wyprawy!

Kiedy słońce wschodzi jeszcze trochę wyżej pakujemy manatki czym prędzej, zostawiamy miejsce takim jak je zastaliśmy i gnamy do Wrocławia. Przecież na 8:00 do pracy… Czy ktoś nam uwierzy co właśnie przeżyliśmy? Czy te zdjęcia są prawdziwe? Czy to nie był najpiękniejszy wschód słońca, jaki widzieliśmy?

Bilans!

Poniesione koszty:
 zmarznięty tyłek
 paliwo za 30km
 chałka i morelowy jogurt
 spóźnienie do pracy

Korzyści:
 być może ostatnia w tym roku noc spędzona pod namiotem
 wyrwana spomiędzy dni roboczych – rano do pracy
 najpiękniejszy jesienny wschód słońca ever
 pieski i ich beztroskie gonitwy po bezkresach pól spowitych mgłami
 nowe, nieznane dotąd odgłosy zwierząt (coś jakby rechot żab pomieszany ze śmiechem dziecka, ale wydawany przez chyba ptaki – to jest to)
 240 zdjęć i 13 filmów z nocy, świtu i wschodu

…i pełno niezapomnianych wspomnień!
Najniższa temperatura, w jakiej spaliśmy z psami to około 2*C
W górę!