
Estonia – gdzie byliśmy? Spis miejsc
Do Estonii wybraliśmy się na początku października 2025 roku. Spędziliśmy w tym kraju 6 dni, objeżdżając dookoła część kontynentalną. Wyspy zostawiliśmy na kiedy indziej, bo zasługują one wręcz na osobną podróż. Przejechaliśmy 3800 kilometrów, z czego około 900 w samej Estonii.
Nasza trasa
Wjechaliśmy do Estonii z Łotwy, na wysokości miasteczka Murati, skąd blisko mieliśmy na najwyższy szczyt Estonii – Suur Munamägi. Następnie przez Võru, Tartu i jezioro Peipus pojechaliśmy do Narwy. Stamtąd w stronę Tallinna, zahaczając o północny kraniec Estonii i słynne torfowisko Viru Raba. Przez klify na półwyspie Paldiski zjechaliśmy w kierunku Parku Narodowego Soomaa, gdzie odwiedziliśmy drugie, mało popularne torfowisko – Riisa Raba. Na koniec zawitaliśmy w Parnawie, by stamtąd zjechać wzdłuż Bałtyku i wyjechać z Estonii w kierunku Łotwy.

Sytuacja geopolityczna
We wrześniu 2025 roku w polską przestrzeń powietrzną wtargnęły rosyjskie drony, wywołując poruszenie nie tylko wśród polskich służb, ale też władz Litwy, Łotwy i Estonii. Na miesiąc przed naszym wyjazdem wszystkie te kraje stały się jeszcze bardziej czujne i nieufne wobec działań Rosji, z którą dzielą granicę. Wyruszając do Estonii w październiku 2025 roku, mieliśmy świadomość potencjalnego ryzyka – od ograniczeń przez incydenty po realne zagrożenie. Uważnie śledziliśmy komunikaty estońskich służb i aktualne doniesienia. Mimo to nasza podróż przebiegła spokojnie i bez zakłóceń, także we wschodniej części kraju.
Kilka niuansów, które odnotowaliśmy:
- Tuż przed naszym wyjazdem na granicy estońsko-rosyjskiej w Narwie doszło do incydentu, który skłonił Estończyków do wzmocnienia zabezpieczeń na moście granicznym, czyniąc go jeszcze bardziej nieprzejezdnym. Nie wpłynęło to na naszą trasę.
- W całej wschodniej części Estonii wprowadzono zakaz latania dronem, przez co nie mamy lotnych ujęć z tego regionu.
- Ambasady Rosji w Tallinnie pilnował jeden radiowóz. Pod budynkiem wywieszono wizerunki niektórych dotychczasowych ofiar wojny w Ukrainie oraz dziesiątki transparentów dobitnie potępiających Rosję za atak na Ukrainę.
- We wschodniej części kraju prawie nie było turystów – spotkaliśmy może 2-3 kampery przez kilka dni. Przyciągaliśmy wzrok, ale nie żebyśmy byli niemile widziani. Warto pamiętać, że byliśmy jesienią. W zachodniej części kraju turystów było więcej, choć też proporcjonalnie mniej do sezonu.
- Po naszym powrocie kraje bałtyckie (Litwa, Łotwa i Estonia) zwiększyły swoją czujność, obawiając się agresji ze strony Moskwy. Zaczęły (na wszelki wypadek) opracowywać plan ewakuacji mieszkańców wschodnich terenów swoich terenów.
Poniżej znajdziesz spis miejsc, w których byliśmy podczas naszego wyjazdu. W innym poście opisałam jak to rozplanowaliśmy dzień po dniu i gdzie spaliśmy.



Suur Munamägi
Będąc w Estonii nie mogliśmy odpuścić wejścia na Suur Munamägi. Nie wiem, czy jest w Europie prostszy do zdobycia „najwyższy szczyt w kraju”. Cała trasa liczy niespełna 1 kilometr długości. My spędziliśmy tam nieco dłużej, a na szczyt wchodziliśmy dwa razy. Raz bez psów, by wejść na wieżę, a drugi raz w towarzystwie Fibi, Krakersa i Kefira. Tak, na szczyt weszła nawet nasza seniorka Fibi, która wówczas miała 16,5 roku na karku. Taki to SZCZYT.
Jezioro Peipus
Piąte co do wielkości jezioro w Europie. Przez jego środek przebiega granica Estonii z Rosją. Chyba dość umowna, co prowadzi do spięć. My nad tym jeziorem spędzamy noc. W szczerym lesie pełnym wysokich sosen jest zerowy zasięg, a do granicy z Rosją mamy 13 kilometrów. Dopiero nad ranem przekonujemy się jak ogromne jest to jezioro – na horyzoncie ledwo widać drugi, rosyjski brzeg. W napięciu zmierzamy tego dnia do Narwy. Rosja jest tak blisko!



Narwa
To miasto niesamowicie kontrastuje z resztą Estonii, a nawet Europy. Leży na północno-wschodnim koniuszku Estonii i przez rzekę graniczy z miastem Iwangorod w Rosji. Historia obydwu miast jest bardzo burzliwa – dość powiedzieć, że Iwangorod był niegdyś dzielnicą Narwy. Po „unijnej” stronie brzegu spędzamy kilka godzin, klucząc pomiędzy postsowieckimi blokami i obserwując życie na moście granicznym. Spotykamy tu tylko jednego kampera.
Północny kraniec Estonii
Planując roadtrip po Estonii nie wpadłam na to, by pojechać w to miejsce. Znalazłam je w trakcie przeszukiwania miejsc na nocleg. W jednym z nich zaznaczono w komentarzu, że miejsce to jest najbardziej wysuniętym na północ cypelkiem. Spędziliśmy tu bardzo spokojną noc, a nad ranem wybraliśmy się na spacer tak daleko, jak tylko się dało. Podczas przypływu nie da się tam przejść suchą stopą. My trafiliśmy na odpływ.

Torfowisko Viru Rabi
Nasze pierwsze torfowisko w Estonii. Wybraliśmy się na nie bez psów, żeby wybadać na czym to w ogóle polega. Nie przeszliśmy całej trasy, ale weszliśmy na wieżę widokową. Z góry rozpościera się jeden z najbardziej kultowych, bagnistych widoków. Po Viru Rabi nabraliśmy ochoty na więcej!
Tallinn – stolica Estonii
Must-see, nawet jeśli podróżujesz z psami. My zatrzymaliśmy się na parkingu w samym centrum miasta, z którego mieliśmy blisko na punkt widokowy na cały Tallinn. Stamtąd powędrowaliśmy do rynku i klucząc od restauracji do restauracji znaleźliśmy się w lokalu Peppersack. Obsługa ubrana w średniowieczne stroje uraczyła nas nie tylko przepysznym jedzonkiem w dość normalnej jak na stolicę cenie, ale też spektaklem łączącym taniec z muzyką. Jak nie lubię przedstawień, tak to sprawiło, że przenieśliśmy się w czasie. Szok, że trafiliśmy do Peppersacka zupełnie przypadkiem i lada włos, a by nas ominęło jedno z najfajniejszych wspomnień.
Wodospad Keila
Drugi co do wielkości wodospad w Estonii jest szerszy niż wyższy i otacza go spory park z wyznaczonymi ścieżkami. Z parkingu można do niego dojść w kilka minut i wrócić, a można też zrobić sobie spacer po całej okolicy. Spotkaliśmy tu najwięcej, bo aż dwie osoby z psami. Wodospad płynie „coraz wcześniej” w górę rzeki, w sensie – krawędź po której spływa się wypłukuje lub kruszy, przez co kształt wodospadu z czasem się zmienia.

Park Narodowy Soomaa i torfowisko Riisa Raba
Od odbiorców słyszałam, że w Parku Narodowym Soomaa można „usłyszeć ciszę„. Przespaliśmy tam bardzo spokojną noc, a nad ranem wybraliśmy się na 5-kilometrowy spacer po najmniejszym torfowisku w okolicy – Riisa Raba. Spotkaliśmy tylko parę emerytów, a poza tym – NIKOGO. Przeszliśmy całą pętlę i wdrapaliśmy się na wieżę widokową. Pieski były zachwycone i dzielnie trzymały się kładki. Po drodze minęliśmy miejsce (na bagnach) do kąpieli i do dziś żałuję, że było zbyt chłodno i dżdżysto, by się wykąpać. Woda w bagnach jest głęboka, ale bardzo czysta i taka… naturalna.
Parnawa
Ostatnie miasto na naszej drodze. Zajawiono nam je jako zachodni, nadmorski kurort. Faktycznie, gdybyśmy dotarli tylko tutaj i nie zwiedzili wschodniej ściany Estonii, to mielibyśmy o tym kraju całkiem inną opinię. Parnawa jest zadbana, zachodnia, z deptakami i światełkami, z tablicami informacyjnymi i kawiarenkami. Odwiedziliśmy tu (bez psów) kawiarnię Supelsaksad – jedno z najbardziej klimatycznych miejsc tego typu, jakie kiedykolwiek odwiedziłam. Można tam zjeść obiad lub deser. Napoleonka była przepyszna!
Udało nam się też przejść w Fibi na sam koniec molo w Parnawie, to znaczy jej drewnianej części. Bardzo polecam to miejsce na krótki spacer. Molo kończy się plażą. Nawet jesienią spotkaliśmy tam czaple i wędkarzy. Bardzo klimatyczne miejsce na zachód słońca!



Gdzie spaliśmy i jak wybieraliśmy miejsca?
Noclegów szukaliśmy na bieżąco, ale każdy z nich był jedyny w swoim rodzaju. Spaliśmy głęboko w lasach, ale najczęściej nad jeziorami lub brzegiem morza. Za każdym razem ze sławojką, ławą i paleniskiem, a to dzięki estońskiemu odpowiednikowi naszych Lasów Państwowych, czyli RMK. W osobnym poście przeczytasz gdzie spaliśmy i jak szukaliśmy najlepszych miejsc.






