
Graniczne miasto Narwa, czyli czemu w Estonii jest tyle Rosjan?
Jedno z najbardziej sowieckich miast w Unii Europejskiej. Mówiłam, że przyjechaliśmy tu „zobaczyć Rosję” – i wcale nie miałam na myśli tej po drugiej stronie rzeki. Spacerując po Narwie, czuliśmy niepokój. Nie wiem, czy uzasadniony. To uczucie bycia w innym świecie, jakby odartym z cukierkowej wizji Zachodu.
Narwa leży na północno-wschodnim krańcu Estonii, a przez rzekę graniczy z rosyjskim Iwangorodem. Z estońskiego brzegu widać zupełnie inny świat, do którego nie da się po prostu przejść. To miasto skrywa niesamowicie napiętą historię dwóch granicznych państw. Jeśli się w nią zagłębisz, to nagle zaczynasz rozumieć skąd w Estonii tyle Rosjan i języka rosyjskiego ogólnie. Bo przecież my też graniczymy z różnymi krajami, a mimo to mieszkańcy przygranicznych terenów nie są w połowie płynnie dwujęzyczni, prawda?
Narwa przed i w trakcie wojny
Dziś, tak jak mówiłam, Narwa to miasto w Estonii. Na drugim brzegu leży rosyjski Iwangorod. Przed 1945 rokiem Iwangorod był dzielnicą Narwy. Mieszkało tam ok. 7 tysięcy osób, z czego 42% stanowili Estończycy. W lewobrzeżnej części Narwy Estończyków było aż 64%. Po wojnie cała Estonia została republiką związkową ZSRR i pozostawała nią przez 47 lat, aż do 1991 roku. To wystarczyło, by „sowieckość” wrosła w krajobraz, język i mentalność – nie tylko w Narwie, ale w całym kraju.
W czasie wojny tych 64% Estończyków z Narwy wypędzono, a po wojnie nie pozwolono im wrócić. Zostało ich zaledwie 4%. W 1944 roku miasto było zniszczone w 98%. Na miejsce dawnych mieszkańców osiedlono robotników z różnych części ZSRR. Jak w wielu miastach Estonii (nawet w dzisiejszej, kurortowej Parnawie) część przedwojennych budynków rozebrano, by postawić bloki robotnicze i hotele.



Kto dziś mieszka w Narwie?
Po odzyskaniu niepodległości sowieccy migranci, którzy pozostali w Estonii, nie otrzymali automatycznie obywatelstwa estońskiego. Za to każdy mieszkaniec byłego ZSRR mógł na żądanie ubiegać się o obywatelstwo rosyjskie. Wielu z tego skorzystało, na co Estonia nie chciała przystać i wprowadzono zasadę, według której jeśli masz obywatelstwo estońskie, to nie możesz mieć innego. Po 1991 roku trzeba się więc było „określić”.
Dziś około 47% mieszkańców Narwy ma obywatelstwo estońskie… co nie znaczy, że są etnicznymi Estończykami. Wielu to Rosjanie, którym udało się zdobyć estońskie dokumenty. Wśród reszty, około 36% posiada obywatelstwo rosyjskie, a ok. 15% to tzw. bezpaństwowcy. To pogmatwane i dotyczy to także reszty Estonii, nie tylko Narwy.
Bezpaństwowcy to osoby, które nie mogły lub nie chciały ubiegać się o estońskie obywatelstwo. To oficjalny status. Bezpaństwowcy mają specjalne dokumenty i mogą np. podróżować po strefie Schengen przez 90 dni w ciągu 6 miesięcy.

Dwa światy nad jedną rzeką
Na dwóch brzegach rzeki Narwy stoją naprzeciw siebie Twierdza Narwa i Twierdza Iwangorod. Zamek Narwy, zbudowany w XIV wieku przez Duńczyków i rozbudowany przez Szwedów, pełnił funkcję strategicznej fortecy chroniącej wschodnie rubieże ówczesnej Szwecji. Naprzeciwko, w 1492 roku, Rosjanie wznieśli Twierdzę Iwangorod, by strzec swoich granic. Choć Iwangorod od początku należał do Rosji, w XVII i XVIII wieku bywał okresowo pod kontrolą Szwecji, a w dokumentach administracyjnych łączono go z Narwą, jako jej dzielnicę. Dopiero po II wojnie światowej granicę poprowadzono środkiem rzeki. Iwangorod znalazł się po stronie Rosji, a Narwa po estońskiej.
Dziś obie twierdze nadal się na siebie patrzą, dosłownie! Po stronie estońskiej Zamek Hermanna jest odrestaurowany i pełni funkcję muzeum z tarasem widokowym, z którego widać rosyjski brzeg. Po stronie rosyjskiej Twierdza Iwangorod, choć wciąż imponująca, zdaje się popadać w powolną ruinę. Razem tworzą jedną z najlepiej zachowanych par średniowiecznych fortec w Europie i symbolizują bliskość dwóch różnych światów, które przez wieki próbowały tu rywalizować.


Na promenadzie poniżej twierdzy, tuż „na oczach” Rosjan, powiewają flagi Estonii, Unii Europejskiej i NATO, do których kraj dołączył w 2004 roku, razem m.in. z Polską.
Ta promenada to też ciekawa sprawa. Bardzo polecam się nią przespacerować! Powstała z funduszy unijnych w ramach programu współpracy miast ościennych, przygranicznych. Narwa wybudowała za te pieniądze kilometr deptaka z oświetleniem, ławkami i fontannami. Po drugiej stronie – Iwangorod ze swoją fortecą, szarymi blokami i szutrowymi ulicami. Rosyjska część promenady ma… 119 metrów. Władze tłumaczyły, że „zabrakło środków”, więc tak jakby „nie wiadomo” co się stało z resztą pieniędzy.



„Najbardziej sowieckie miasto w Unii”
Na papierze Narwa jest niemal w połowie estońska. W praktyce, spacerując po mieście, widać mnóstwo szyldów w dwóch językach, rosyjskie graffiti czy nazwy ulic zapożyczone z rosyjskiego. Niemal wszyscy mieszkańcy Narwy mówią po rosyjsku.
Sama Narwa jest dość ponura, pełna postsowieckich bloków zbudowanych z białej cegły, pełna różnych dziwnych budynków. Wygląda biednie, ale obok podrapanych bloków stoją nowe galerie handlowe. Przedziwny świat dla nas, ale tutejsi mieszkańcy wyglądają na szczęśliwych i robią to co my u siebie. Babcie na spacerze z psami o czymś dyskutują, jacyś młodzi właśnie się zakochują, ktoś wraca z pracy, szkoły, zakupów. Szaro, buro, sowiecko, ale ludzie żyją tu po europejsku. Ktoś pali grilla, ktoś zagaduje nas po rosyjsku, ktoś inny przyjechał kamperem. Na estońskim brzegu wędkarze łowią ryby. Po drugiej stronie też widać Rosjan stojących po pas w wodzie. Ta sama rzeka, te same zajawki, ale inne zasady i możliwości. Granica jest niby o rzut kamieniem, a jednak tak nieprzekraczalna, że to nie tylko silny nurt rzeki Narwy powstrzymuje przed przejściem na drugą stronę.

Granica w Narwie
Obok, na moście będącym oficjalnym przejściem granicznym, stoją betonowe „zęby smoka”. Ostatnio pojawiło się ich więcej, a kontrole są bardziej wnikliwe po tym, jak Rosjanie próbowali przepuścić grupę osób bez dokumentów. Przez wąski chodnik na moście przechodzą pojedynczy ludzie, głównie z Estonii do Rosji. Ciągną walizki, dywany, torby. Czekają, odpowiadają na pytania, pokazują paszporty. Po drugiej stronie dzieje się to samo. A potem znikają.
Spacerując po Narwie, czuliśmy niepokój. Nie wiem, czy uzasadniony. To uczucie bycia w innym świecie, jakby odartym z cukierkowej wizji Zachodu. Nic nam nie groziło, byliśmy przecież w Unii Europejskiej, „wśród swoich”, ale czuliśmy się obco, nie na miejscu, choć nikt nie dał nam do zrozumienia, żebyśmy tam byli niemile widziani. Tym bardziej, że po sezonie turystów prawie nie ma, a nasza aparycja przyciąga spojrzenia mieszkańców. To jedno z najciekawszych i najbardziej nieoczywistych doświadczeń całego wyjazdu.
Po naszym powrocie pojawiły się informacje, że Litwa, Łotwa i Estonia opracowują plan ewakuacji ludności ze wschodnich regionów, obawiając się agresji ze strony Moskwy. Narwa jest dla Estonii jednym z najtrudniejszych orzechów do zgryzienia… i myślę, że teraz wiecie już dlaczego.





