Foto i video w podróży. Czego używam, jaki pierwszy aparat i jak zdjęłam blokadę twórczą?

- - - Sprzęt

Dobry sprzęt może nam wędrówkę okrasić pięknymi i przyjemnymi w wykonaniu fotografiami… a może być kulą u nogi, która nie dość, że się zbytnio nie przyda, to jeszcze sfrustruje.

Been there, done that! Dlatego najpierw troszkę prywaty. Dedykuję ją wszystkim sfrustrowanym swoimi zdjęciami, brakiem postępów, zleceń, satysfakcji, niezadowoleniem z efektów albo sprzętu. Każdy ma swój gorszy czas, którzy rządzi się swoimi prawami i przychodzi z różnych powodów.

Mój gorszy czas przypadł na rok 2018

W maju 2018 roku byłam bardzo, bardzo obrażona na swój aparat. Uważałam, że już nic nie da się z niego wycisnąć, że nie jest pełną klatką, że teraz rynek podbijają te epickie bezlusterkowce. A ten mój jest ciężki, nieporęczny, stary (rok produkcji 2014…) szczególnie w podróży! Obrażona byłam że hej. Do tego stopnia, że kiedy pakowałam się na swój pierwszy 100km trekking, pomyślałam że ha, sprzęt foto może sobie zostać. Wzięłam tylko kamerkę sportową, którą mogłam mieć pod ręką i telefon, którego obrazek jakością nie grzeszył.

I o zgrozo, większość zdjęć z tego tripa – z pierwszego, przełomowego trekkingu, który pchnął mnie do założenia Dzikości – pochodzi z telefonu. A mi jest smutno, bo ominęło mnie mnóstwo ciekawych kadrów.

Ale nie mam do siebie pretensji, bo będąc niezadowolonym ze swojej twórczości ciężko jest nagle się otworzyć i wcielać w życie nawet najlepsze rady. Bardzo ważnym jest, by znaleźć sedno problemu. Moim problemem było negowanie możliwości swojego sprzętu. Odpychały mnie drobne niedociągnięcia (jak jakość obrazka czy jego ostrość), przez co zaniechałam robienia zdjęć w ogóle. Skoro nie jest idealnie, to niech nie będzie w ogóle.

Do swobody i zadowolenia ze swoich zdjęć dojrzałam dużo później. Przyczyniły się do tego bezpośrednio dwa czynniki, które musiałam sobie przemyśleć – kasa i naśladownictwo.

Kwestia hajsu

Miałam (i nadal mam hahaha) mało kasy. Mogłam obrazić się na amen, ale poszłam po rozum do głowy i przeanalizowałam sobie, czy na pewno siedzę w takim bagnie, jak mi się wydaje.

Mam sprzęt, który robi zdjęcia? Tak. No to mam wszystko, żeby zacząć szlifować swoje umiejętności, dopóki ten sprzęt nie zacznie mnie ograniczać.

Dlatego z lekką obawą spoglądam na posty amatorów, którzy wrzucając swoje zdjęcie do oceny na grupach na Facebooku dodają „mój aparat nie jest jakiś super…”. Hej, uczysz się. Nie wiesz jeszcze, czego Ci potrzeba. Poznajesz, próbujesz, eksperymentujesz. Na sprzęt przyjdzie pora!

Fotografia potrafi być szalenie drogim hobby, a firmy prześcigają się w podkręcaniu parametrów kolejnych modeli. Bardzo cieszy mnie rozwój tej dziedziny i z radością czytam newsy ze świata fotografii. Jeszcze chwilę temu nagrywaliśmy filmy w 1080p, a teraz możliwości lustrzanek zostały rozciągnięte do nawet 8K i to pewnie nie koniec! Chciałabym kiedyś móc spróbować swoich sił z takim sprzętem, chociaż boję się, że nawet nie umiałabym wykorzystać jego potencjału.

Znalazłam – i Wam też polecam, jeśli ktoś boryka się z podobną frustracją – swój balans pomiędzy rozwojem technologicznym, a rozwojem merytorycznym. Być może okaże się, że Twój sprzęt faktycznie już Cię ogranicza – a być może wystarczy go docenić. Obie drogi są OK.

Od tamtej pory moja fotografia sprowadza się do stwarzania sobie możliwości

Jeśli wiem, że w najbliższej perspektywie nie będzie mnie stać na kupno wymarzonego sprzętu, to kupuję taki z niższej półki. Mówię tu nie tylko o podstawie takiej jak choćby obiektywy, ale też o akcesoriach. Czasem zmusza mnie to do pójścia na kompromis w kwestii jakości. To mnie boli, ale na drugiej szali jest w ogóle możliwość podjęcia jakiegoś wyzwania, otwarcia sobie nowej furtki! Sam się zastanów, czy nie warto? Tak było z Sigmą (kupiona używka, byle zacząć nagrywać filmy i odzyskać komfort fotografowania), z filtrem szarym do filmów (żeby nagrywać lepszy materiał), z mikrofonem (żeby rozwinąć warsztat o pogaduszki), ze statywem (korzystam z takiego sprzed 10 lat, bo waży mniej niż te nowe na rynku, choć nie jest tak stabilny jak one). A na spacery zabieram tylko telefon, trenując głowę w poszukiwaniu nowych kadrów.

Znajdź swoją drogę

Dziś nie wyobrażam sobie wędrówki bez aparatu. Rytuał wyjazdowy zaczyna się oficjalnie dzień wcześniej – od podpięcia wszystkich baterii do ładowania. Odzyskałam radość z fotografowania.

Kosztowało mnie to dużo pracy, zdobywania umiejętności i szukania swojej własnej ścieżki, własnego stylu, własnej strefy, w której byłabym zadowolona ze swoich zdjęć. Przestałam starać się odtwarzać twórczość innych, a zaczęłam się uczyć. Znalazłam swój rodzaj fotografii, w której czuję się najlepiej. To jest coś z pogranicza krajobrazu i reporterki. Uwieczniam momenty, zamiast silić się – jak kiedyś – na bajeczne portrety. Nie dbam aż tak o scenografię – nie mogę, bo robię reportaż z wycieczki. Fotografuję w świetle zastanym, bo przecież nie zostanę w danym miejscu do wieczora, do złotej godziny, bo mam dziś jeszcze 15 kilometrów do przejścia. Fotografia mi towarzyszy i motywuje, ale nie prowadzi, w sensie – nie dyktuje mi warunków. Kreatywnie wyżywam się szukając różnych kadrów, bo na ile sposobów można pokazać wędrówkę?…

Umówmy się – to moje osobiste odczucia. Nie podważam sensu żadnego typu fotografii. Cokolwiek ktokolwiek robi, grunt, żeby sprawiało mu frajdę.

Zadowolenie ze swojej pracy przyszło, kiedy poczułam że przestałam gonić za tym, co widziałam w Internecie, na Instagramie, na profilach wielkich fotografów. Zaczęłam krok po kroku rozwijać swój warsztat. Swój. Tu i teraz, na sprzęcie, który już mam.

Zdjęcia z kiedyś… i dziś…

No dobra, czyli jaki aparat jest najlepszy?

Ten, który masz. A jeśli stoisz przed kupnem nowego sprzętu albo w ogóle sięgasz po fotografię po raz pierwszy, to odpowiedziałabym – ten, który odpowiada Twoim potrzebom. Moim zdaniem nie ma jednego dobrego aparatu. Jest tylko dopasowany do Twoich potrzeb, tak jak pies, auto, czy burger. Ja w burgerze potrzebuję kurczaka, więc nie wmówisz mi, że ten z wołowiną jest najlepszy. Ale szanuję, że Ty potrzebujesz czegoś innego. Grunt, żeby sprawiało frajdę.

ZOBACZ TEŻ  Nikt mi nie powiedział, że świstak świszcze i że w Dolomitach nie lubią psów

A jak rozpoznać jakie masz potrzeby? Ano tak samo jak z burgerem. Spróbować, poznawać, szukać. Możesz przeczytać całą teorię tego świata, ale nic nie da Ci takiej wiedzy o swoich potrzebach jak doświadczenie.

Dlatego ja w tym poście oprócz wypisania całego swojego sprzętu opowiadam o tym jak to się stało, że akurat on? Dowiesz się też, czy spełnia MOJE potrzeby i czego mi w nim brakuje. Czy go polecam? Spoiler – jeśli tylko spełni TWOJE potrzeby – pewnie!


Aparat – korpus, puszka, body

Pierwszym takim „moim najmojszym” aparatem i jednocześnie pierwszą lustrzanką było SONY a57. Kupowałam ją jakoś w 2013 roku. To był dla SONY ciężki czas, a i mnie prawie zjedzono za kupno nieCanona i nieNikona. SONY (jak i teraz) oprócz aparatów i obiektywów produkowało też słuchawki, telewizory, głośniki, konsole… czym zyskało sobie opinię, że jak coś jest od wszystkiego, to na pewno jest do niczego.

Beka. Kupiła jakąś zabawkę.

Sęk w tym, że celowałam w taką średnio-zaawansowaną półkę cenową. W tamtych czasach leżało na niej parę niezłych aparatów, ale tylko SONY a57 oferował mi to, czego potrzebowałam – szybkostrzelność. Zwykły tryb oferował mi do 8kl/s, a w jakimś osobnym turbotrybie rozpędzał się do 12kl/s. W tym samym czasie konkurencyjne aparaty pstrykały z prędkością 3 do 5kl/s. No i co bardziej zorientowani w temacie krzykną pewnie – hola, przecież to wystarczy do psów, trzeba by się tylko nauczyć wyczucia chwili. Ależ oczywiście że tak! Ale ja oprócz psa miałam… myszy.

a57 był świetnym aparatem, który w tamtej chwili schodził już z linii produkcyjnej będąc wypieranym przez nowsze rozwiązania. Był w kręgach sympatyków SONY uznawany za poczciwego i nie tyle starego co zaufanego przyjaciela, który nigdy nie zawodzi. Mnie zabrał na pierwsze sesje (również płatne), pierwsze zawody, pierwsze sesje adopciaków w schroniskach. Dawał radę przy psach, myszach, świnkach, koniach, krowach, kozach, a i parę filmów powstało dzięki niemu.

a77mk2

Dziś leży w szufladzie, bo jakoś w 2015 roku wymieniłam go na trochę nowszy model – a77mk2. Z perspektywy czasu żałuję, że nie zdecydowałam się od razu na pełną klatkę, ale była dla mnie (w SONY) nieosiągalna cenowo (jakoś 3-4 kontra 10 tysięcy złotych i brak czegoś pomiędzy, taaa). Z kolei rynek bezlusterkowców nie budził jeszcze takiego zaufania, choć proponowano mi już podczas kupna pierwszego aparatu!

a77mk2 oferował mi większy obrazek, więcej megapikseli, większą rozpiętość ISO, był równie szybki, miał o wiele bardziej wygibaśny ekran (to się przydaje do dziś), był większy, robił lepsze wrażenie, ale… Przede wszystkim bił na głowę cały światek foto swoim autofokusem – 79 pól (!5 krzyżowych), co powodowało globalny opad szczęki. Mój też, bo poprzedni aparat miał tych pól 15 (3 krzyżowe).

Lubię go do dziś. Kiedyś w 100% odpowiadał na moje potrzeby. One się z czasem zmieniają. Nabierasz doświadczenia, poznajesz lepiej swój tryb pracy, w praktyce dowiadujesz się co lubisz, a czego nie, co potrzebujesz, a bez czego możesz się obejść. Mi zaczyna przeszkadzać wielkość i ciężar a77mk2, ale kiedyś przecież nie mogłam przewidzieć, że będę podróżować i liczyć każdy gram. Poza tym mimo upływu czasu obrazek wciąż spełnia moje oczekiwania.

Zresztą niejeden Wam powie, że za obrazek odpowiedzialny jest nie tyle aparat (ani fotograf), co…

Obiektyw – szkło, słoik

…no i będzie miał rację, bo to właśnie obiektyw lepi nam obraz, który widzimy swoimi oczami.

Portretówka 50mm f/1.8

Przez lata obiektywów miałam niewiele, ale wśród nich znalazły się klasyki i perełki. W tym najbardziej pechowe, dwie 50/1.8, które z czasem przestały współpracować z AFem na obu puszkach i można się nimi bawić jedynie ostrząc manualnie. Nie wiem, czy to ja je zajechałam, czy one po prostu są kiepskie. To bardzo możliwe, bo to jedne z najtańszych obiektywów, w dodatku zrobione z tworzywa, które z czułością acz bez ogródek nazywam gównoplastikiem. Mimo to przeżyły ze mną kilka sesji szczeniaków, wiele pierwszych piorunujących portretów (wszak przesiadałam się na 50tkę z KITa). Robiłam nimi WSZYSTKO, od portretów po krajobrazy. Myślę, że kiedy jeszcze działały to nie wykorzystałam w pełni ich możliwości – to wynikało z braku wiedzy o fotografii. Miałam 50tkę, bo każdy miał. Były bokeszki, uuu.

W tamtych czasach trafiły w moje ręce uwielbiane przez wielu stare radzieckie obiektywy – Helios 50/1.8 i Tessar 50/2.8. Ten drugi był moim ulubieńcem, dopóki dotarło do mnie, że hype na bokeszki to jednak nie jest mój konik.

Wspominając tamte czasy łapie mnie pewien sentyment. Kulałam się przez ten świat fotografii totalnie po omacku… Tyle się zmieniło od tamtej pory!

Dziś 50tek używam tylko w skrajnych sytuacjach, choć na manualu są nadal świetnymi obiektywami. Macie mnie, chyba sobie do nich wrócę. Może challenge – jeden spacer z tylko jednym, innym obiektywem? Ależ to zmusza do kombinowania i porzucenia utartych schematów!

Teleobiektyw 70-200mm f/2.8

Mając 50tkę dokupiłam teleobiektyw Tamron 70-200mm f/2.8, który służył mi na zawodach. Szybko się okazało, że to 200mm nie starcza na uchwycenie kogoś, kto stoi na drugim końcu pola, więc trzeba było pokombinować gdzie by tu usiąść, żeby złapać najlepsze kadry. Ale ten obiektyw miał i nadal ma jedną epicką zaletę – od nowości ostrzy tak, że głowa boli. Chyba wystarczy, że załączę obrazek. I to ściągany z fejsa, wiecie, gorsza jakość.

Obecnie już go praktycznie nie używam, bo zdjęcia robię głównie na wyjazdach, na których liczy się waga i uniwersalność. Chętnie zabieram go na bardziej artystyczne spacery i sesje fotograficzne, bo jest jedynym obiektywem w naszej paczce, który ma taki piękny zasięg. Poza tym rozmywa tło w sposób tak przyjemnie łagodny, taki „soothing”, zero nerwowych bokeszków!

KIT, czyli 17-55mm f/3.5-5.6

Niech Was nie zmyli nazywanie tego szkiełka „kitowym”, bo wcale nie jest taki zły, a jego nazwa bezpośrednio wiąże się z faktem, że jest to szkło dołączane niejako „do zestawu” (ang. kit – zestaw). Faktycznie, nie jest najlepszej jakości. To sprzęt z gatunku „coś MUSIMY podpiąć do aparatu, więc niech to będzie jak najtańsze, byle było”. ALE JEST.

Ten obiektyw to doskonały przykład tego, o czym pisałam na samym początku posta. Bardzo narzekałam na brak dobrego, szerokokątnego obiektywu (mając 50tkę i teleobiektyw). Aaaaż się ocknęłam, że przecież mam KITa. Nie był najlepszy, ale był. To z nim robiłam pierwsze wyjazdy i to on rozkochał mnie w reportażu i krajobrazach. To dzięki niemu mogłam uchwycić swoje pierwsze wyjazdy. To on, kiedy narzekałam, że to moja fotografia jest nie teges, „mówił” do mnie – hej, jestem tu, spróbujmy. Warto dać mu szansę, bo dzięki umiejętnościom można wycisnąć w jego towarzystwie prawdziwe perełki!

ZOBACZ TEŻ  Zima z psem w górach: sprzęt i pakowanie

Wymieniłam go na Sigmę (poniżej), kiedy zaczął mnie ograniczać między innymi światłem. Już mówię o co chodzi.

Zoom 17-50mm f/2.8

Najnowszy i jednocześnie najczęściej używany obiektyw, jaki mam to Sigma 17-50mm f/2.8. Kupiłam go świadomie jako godnego następcę KITowego obiektywu, który jednak miał zmienne światło.

Czemu, po co, w czym mi to przeszkadzało? Ano obiektywy o zmiennym świetle mają to do siebie, że na szeroookiej ogniskowej są jasne, a jak przybliżysz, to obrazek się ściemnia. Są też zoomy o stałym świetle. Niezależnie jak przybliżysz, światło zostaje to samo. I właśnie taki był mi potrzebny – stąd ta Sigma. Kupiłam ją przede wszystkim z myślą o filmach. Na nich nie mogę pozwolić sobie na takie przeskoki w jasności kadru, bo musiałabym to wszystko potem nadrabiać w programie graficznym.

Kupiłam ją z komisu za jakieś 800zł (nówka 1500, again, wolę mieć coś co otwiera mi furtkę, niż przez szmat czasu zbierać na sprzęt marzeń, trudno). To szkiełko przeżywa u mnie drugą młodość. Jest bardzo uniwersalnym szkłem za pomocą którego sfotografuję tak samo wnętrze, widok, jak i portret. Czasem brakuje mi dłuższej ogniskowej, na wyższych przysłonach na zdjęciach wychodzą paprochy gdzieś w środeczku i ogólnie ma problem z utrzymaniem jakości obrazka na krawędziach kadru, ale… Się lubi co się ma!

Dron aka Szerszeń

Długo, oj długo się wahałam z kupnem drona. Długo zastanawiałam się też, czy warto inwestować w kultowego DJI, czy może w myśl zasady „byle było” kupić drona innej firmy. Ostatecznie uznałam, że skoro chwilowo pozwala mi na to sytuacja finansowa, to nie będę bawić się w półśrodki. O ile nie rozwalę go gdzieś na drzewie, to będzie to pierwszy i ostatni taki zakup, bo jest zwyczajnie zbyt drogi, by go wymieniać na lepszy – przynajmniej dla mnie. Trochę jak aparat, jak kupisz to służy dopóki się nie rozpadnie.

Pod względem mojego rozwoju ten zakup okazał się strzałem w dziesiątkę. Nie ma sprzętu, który go zastąpi, tak technicznie to po prostu niemożliwe. Dron (jakikolwiek) otwiera zupełnie nową furtkę, umożliwia pokazanie Wam świata z zupełnie nowej perspektywy.

Uczę się Szerszeniem latać, idzie mi coraz lepiej, chciałabym zrobić kurs, ale… Podejrzewam, że już zawsze będę oddychać z ulgą po każdym lądowaniu. Po ponad roku używania dalej towarzyszy mi niepokój, kiedy beztrosko puszczam w powietrze swoje kilka tysięcy. Wciąż powtarzam, że zasadnicza różnica pomiędzy dronem, a nawet najdroższym aparatem świata jest taka, że ten aparat CIĄGLE TRZYMASZ KURCZE W RĘKU. Masz nad nim kontrolę, i nie staje Ci serduszko jak widzisz, że Twój sprzęt walczy z wiatrem 100 metrów dalej.

Totalnie nową rzeczą jest też fakt, że latając dronem jestem uczestnikiem przestrzeni powietrznej i obowiązuje mnie Prawo Lotnicze. To trochę jak z rowerem na drodze.

Akcesoria

Moja fotografia nie byłaby taka sama bez kilku drobiazgów, które zawsze zabieram ze sobą na wyjazdy.

Po pierwsze, zapas baterii dzięki którym nie muszę martwić się o ładowanie sprzętu codziennie. Mogę to robić na przykład co trzeci czy czwarty dzień. Po drugie, karty pamięci! Wszystkie mają po 16GB i są na tyle szybkie, by znieść ciężar seryjnie pstrykanych RAWów. Po trzecie, zawsze zabieram też filtr szary o zmiennej przepuszczalności. Pozwala on na nagrywanie materiału na większej przesłonie i krótkim czasie naświetlania. Dzięki temu obraz jest bardziej zbliżony do tego, co widzi ludzkie oko.

To wszystko plus kontroler do drona wrzucam w Trip Roll Organizer, który pozwala mi trzymać cały ten majdan w jednym miejscu, a sam nie waży dużo.

Buble, czyli co mam, a co się nigdy nie przydało

…i może chcecie odkupić? hahaha

Mam w szafce kilka rzeczy, których nie tykam. Nie tykam prawie-że zupełnie, tykałam kiedyś, chciałam mieć i kupiłam, a potem się okazało, że mi się nie przydaje. Wśród nich jest blenda fotograficzna nie-wiem-ile-w-jednym. Ciężko blendę ogarniać mając jeszcze psa i aparat, i brak pomocnika. Blenda przez pewien czas służyła mi jako… lądowisko do drona. Aż uznałam, że i tego nie chce mi się nosić. Wśród bubli są też filtry Cokin, które są świetne same w sobie. Tylko że ja, kurcze, nie złapałam zajawki na fotografię krajobrazową.

Marzy mi się, czyli zmiany, zmiany!

Rozwijam się, dlatego dostrzegam w swoim sprzęcie pewne niedobory… Albo raczej nadmiary, bo przede wszystkim przeszkadza mi jego waga i rozmiar. Wszystko, co mam ze sobą podczas wyjazdów w góry muszę dźwigać na własnych plecach. Dlatego marzy mi się wymienić sprzęt na lżejszy i poręczniejszy, to byłoby cuuu-dooo-wne! Może czyta to jakiś miły przedstawiciel firmy, która chciałaby mnie wesprzeć w tym temacie? Halo, jestem tu! Po dane kontaktowe prędko, tutaj tutaj tutaj! (pół żartem, pół serio hahaha)

Mimo to ciągle taszczę go ze sobą na KAŻDĄ, serio KAŻDĄ wyprawę, bo bez niego to nie byłoby to samo. Staram się wyciągnąć z niego jak najwięcej. Czytam, oglądam, analizuję zdjęcia innych, czerpię inspirację, szukam i próbuję. Mój styl i moje podejście ewoluuje niemal z miesiąca na miesiąc. Bardzo ładnie widać to na podsumowaniu 2019 na Facebooku. Spójrzcie od czego zaczynałam, a na czym skończyłam! Ja jestem z siebie serio dumna! I to cały czas tym samym sprzętem!


Podczas wędrówek robię mnóstwo zdjęć. Część z nich jest typowo reportażowa i służy mi później do pokazania Wam trasy, zobrazowania trudności szlaku albo ciekawych miejsc. Ale za każdym z nich stoi jakaś historia! Bardzo chciałabym je wszystkie opowiedzieć, dlatego przygotowałam… zabawę. Wy wybieracie zdjęcie, a ja – pewnie na Facebooku – opowiadam Wam o tym jak powstało. Ruszamy niebawem, śledźcie Instagrama i Facebooka!

To pisałam ja, Magdalena!AvatarWędruję, piszę, opowiadam, fotografuję. Lubię wschody słońca, choć zazwyczaj na nie nie wstaję. Ogarniam, kiedy wszyscy wokół już nie ogarniają. Gdybym mogła, zamieszkałabym z psami w domku w górach, a z ugoszczonymi wędrowcami grała w planszówki do białego rana. Może wspólnie dotrwalibyśmy do wschodu?

Więcej opowieści?